Spis treści
Światowi przywódcy oceniają wynik amerykańskich wyborów połówkowych
Jak relacjonują międzynarodowe agencje oraz amerykańska stacja CNN, politycy na całym świecie z ogromnym zainteresowaniem śledzą spływające zza oceanu wyniki. Utrata kontroli nad Senatem i Izbą Reprezentantów przez Partię Republikańską została odebrana przez wielu przywódców jako zapowiedź zmiany kursu amerykańskiej dyplomacji. Premier Hiszpanii Pedro Sánchez stwierdził stanowczo, że obywatele USA zagłosowali "przeciwko polityce, która jedynie zubaża, przeciwko nienawiści, machismo, negacjonizmowi klimatycznemu i przywilejom elit". Socjalistyczny polityk porównał ten rezultat do wcześniejszych zmian w Brazylii, prognozując podobny trend u siebie w kraju.
Zadowolenia nie kryli również inni tradycyjni sojusznicy Waszyngtonu. Premier Norwegii Jonas Gahr Støre w wywiadzie dla agencji Reuters ocenił, że wynik wyborów to "potężny sygnał polityczny o zmianie kursu wśród amerykańskich wyborców". Støre zauważył, że w amerykańskiej debacie publicznej zaczynają teraz dochodzić do głosu siły znacznie bliższe Norwegii w kluczowych obszarach, takich jak ochrona środowiska, polityka zagraniczna czy pomoc rozwojowa.
W podobnym tonie wypowiedział się burmistrz Londynu Sadiq Khan, który w przeszłości wielokrotnie ścierał się z Donaldem Trumpem. Khan pogratulował Demokratom na platformie X, nazywając ich sukces „ogromnym zwycięstwem”, a samą kampanię opartą na nadziei i jedności uznał za „prawdziwe odrzucenie szkodliwej i dzielącej polityki Donalda Trumpa”. Rządzący na Downing Street premier Wielkiej Brytanii Andy Burnham powstrzymał się na razie od bezpośredniego komentarza, co wpisuje się w ostrożną linię Londynu, podczas gdy brytyjski minister zdrowia James Frith nazwał amerykańską noc wyborczą "ogromną nocą dla demokracji i dla Demokratów", zapewniając jednocześnie o utrzymaniu doskonałych relacji na linii Londyn-Waszyngton.
Z kolei prezydent RPA Cyril Ramaphosa podkreślił, że powrót Demokratów do władzy ustawodawczej "wprowadzi nową erę w relacjach na świecie", ponieważ wola narodu amerykańskiego wybrzmiała w tych wyborach wyjątkowo jasno. Ramaphosa, oddając akurat głos w lokalnych wyborach samorządowych, wyraził nadzieję na zbliżenie stanowisk i poprawę napiętych dotąd relacji dwustronnych z USA.
Głos z Berlina zabrał również niemiecki minister obrony Boris Pistorius. Pogratulował on Demokratom „historycznego zwycięstwa” i jednocześnie zapewnił, że zaangażowanie Niemiec we współpracę z administracją w Waszyngtonie pozostaje niezachwiane. Zapowiedział też, że Berlin będzie aktywnie dążył do budowania relacji partnerskich z przedstawicielami obu amerykańskich obozów politycznych.
Polski akcent w sieci i starcie z Elonem Muskiem
Międzynarodowe echa amerykańskich wyborów miały również wyraźny, polski wątek. Minister spraw zagranicznych RP Radosław Sikorski wykorzystał platformę X do uszczypliwego skomentowania postawy polskiej prawicy, która w minionych latach mocno opierała swoją narrację na sojuszu z obozem Donalda Trumpa. Szef polskiej dyplomacji, parafrazując słowa z Biblii, napisał: "Zaprawdę powiadam wam, zanim kogut zapieje, trzy razy się go wyprą". Komentarz ten wywołał ożywioną dyskusję w krajowych i zagranicznych mediach.
Na tym jednak aktywność polskiego ministra się nie skończyła. Sikorski przypomniał też słowa skierowane bezpośrednio do Elona Muska, amerykańskiego miliardera i jednego z kluczowych sojuszników Republikanów, który zainwestował gigantyczne środki w kampanię tej partii. "Widzisz, wielki człowieku, polityka jest trudniejsza, niż myślałeś" – napisał Sikorski. Właściciel platformy X napisał wcześniej w żartobliwym tonie, że jego "kosmiczne lasery ingerujące w wybory tym razem nie zadziałały". Te komentarze doskonale obrazują, jak silne emocje wywołują wybory w środku kadencji, nawet wśród technologicznych gigantów.
Ostrożne reakcje rywali Waszyngtonu i gwarancje sojuszników
Wynik amerykańskich wyborów połówkowych jest niezwykle bacznie analizowany w stolicach państw o napiętych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi. Przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf ocenił w mediach społecznościowych, że Amerykanie poprzez karty do głosowania powiedzieli "NIE DLA WOJNY", dodając, że Teheran "popiera to przesłanie".
Na Kremlu nastroje wydają się bardziej wyważone. Rzecznik Władimira Putina Dmitrij Pieskow przypomniał, że urzędujący prezydent wciąż pozostaje u władzy, i wyraził nadzieję na kontynuację dotychczasowych "wysiłków pokojowych". Inny rosyjski polityk, Leonid Słucki, przyznał jednak wprost, że sytuacja lidera Republikanów jest obecnie "absolutnie negatywna". W kuluarach rosyjskiej dyplomacji dominują raczej sceptyczne nastroje – wiceszef MSZ Rosji Siergiej Riabkow otwarcie przyznał, że powrót Demokratów do władzy w obu izbach Kongresu zwiastuje trudny okres dla relacji dwustronnych. Jak ocenił, aktywistyczne skrzydło tej partii reprezentuje „skrajnie negatywne” nastawienie do Rosji, co jednak dla Moskwy nie jest zaskoczeniem i nie wpłynie na zmianę jej własnej polityki zagranicznej.
Zupełnie inną strategię komunikacyjną przyjęli strategiczni partnerzy USA w Azji. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Tajwanu natychmiast wydało oświadczenie, w którym podkreśliło, że polityka wyspy wobec Waszyngtonu zawsze opierała się na zasadzie ponadpartyjności. Tajpej zapewnił o chęci dalszego pogłębiania współpracy w zakresie bezpieczeństwa, handlu i technologii, niezależnie od tego, kto dzierży stery w amerykańskim parlamencie. To klasyczny ruch dyplomatyczny, mający na celu utrzymanie stabilnego poparcia na Kapitolu.
Zbieżny komunikat popłynął z Tokio. Główny sekretarz rządu Japonii Minoru Kihara oświadczył, że sojusz japońsko-amerykański pozostaje „kamieniem węgielnym polityki zagranicznej i bezpieczeństwa” jego kraju oraz kluczowym elementem dbania o narodowe interesy w obliczu coraz bardziej niestabilnej sytuacji geopolitycznej na świecie, bez względu na układ sił w Kongresie USA.
Bardzo powściągliwie do tematu podeszły Chiny. Rzeczniczka tamtejszego MSZ stwierdziła na codziennej konferencji prasowej, że wybory połówkowe to „wewnętrzna sprawa Stanów Zjednoczonych”. Wyraziła przy tym gotowość Pekinu do dalszego dialogu z USA, skutecznego zarządzania różnicami zdań, poszerzania współpracy oraz budowania stabilnych relacji opartych na wzajemnym szacunku i równej pozycji partnerów.
Wyborczy rykoszet w Izraelu. Kryzys Benjamina Netanjahu
Wyniki zza oceanu nadeszły w wyjątkowo trudnym momencie dla rządu w Tel Awiwie. Premier Benjamin Netanjahu, bliski sojusznik Donalda Trumpa, zaledwie tydzień wcześniej (27 października) stracił większość parlamentarną w Izraelu i aktualnie tkwi w trudnych negocjacjach koalicyjnych. Amerykańscy i izraelscy analitycy, w tym Mairav Zonstein, oceniają gorzko, że „w pewnym sensie Netanjahu przegrał w ciągu jednego tygodnia aż dwa razy”.
Sytuację natychmiast wykorzystała izraelska opozycja, uderzając w osłabionego szefa rządu:
- Yair Golan (jeden z liderów opozycji) stwierdził bez ogródek, że amerykańskie wyniki obnażyły, jak bardzo postać Netanjahu stała się „toksyczna” zarówno dla Demokratów, jak i dla Republikanów w USA.
- Yair Lapid dodał, że porażka sojuszników izraelskiego premiera w Waszyngtonie ostatecznie „przekreśla jakąkolwiek szansę na utworzenie rządu jedności narodowej pod wodzą Netanjahu”.
Co oznaczają wybory połówkowe dla układu sił w USA?
Wybory w środku kadencji (tzw. midterm elections) tradycyjnie pełnią rolę ogólnokrajowego referendum oceniającego pierwszą połowę kadencji urzędującego prezydenta. Przejęcie przez Partię Demokratyczną kontroli zarówno nad Izbą Reprezentantów, jak i Senatem diametralnie zmienia architekturę władzy w Waszyngtonie. Oznacza to, że administracja prezydencka straciła możliwość swobodnego przepychania swoich ustaw, a każda inicjatywa legislacyjna Republikanów będzie teraz wymagała trudnych kompromisów z politycznymi oponentami.
Dla Demokratów sukces w kluczowych okręgach wahających się to nie tylko szansa na blokowanie inicjatyw Białego Domu, ale przede wszystkim możliwość przejęcia najważniejszych komisji parlamentarnych oraz bezpośredniego wpływania na politykę zagraniczną i budżet państwa. Nadchodzące dwa lata upłyną najpewniej pod znakiem tzw. podzielonego rządu. Będzie to okres zażartych negocjacji legislacyjnych i politycznego przeciągania liny, który ukształtuje grunt pod kolejną wielką batalię wyborczą.