Spis treści
Prezydent reaguje na wyniki. "Zmiażdżylibyśmy ich"
Jak podają amerykańskie media, w tym m.in. portal Forbes oraz serwis Axios, pierwsze rezultaty spływające z kluczowych stanów wywołały spore poruszenie w obozie władzy. Gdy stało się jasne, że Partia Republikańska traci grunt pod nogami, a Demokraci są na dobrej drodze do utrzymania i powiększenia swoich wpływów w Kongresie, Donald Trump postanowił stanowczo zabrać głos. Na swojej platformie społecznościowej Truth Social opublikował wpis, w którym jednoznacznie zdiagnozował przyczyny porażki swojego obozu politycznego.
W wiadomości skierowanej do sympatyków napisał: „Nie było mnie na kartach do głosowania, a gdybym na nich był, wygralibyśmy miażdżącą przewagą! Dziękuję za uwagę w tej sprawie”. Tym samym polityk dał do zrozumienia, że jego osobista popularność i mobilizacja własnego elektoratu są znacznie wyższe niż poparcie dla całej Partii Republikańskiej. Z doniesień amerykańskiej prasy wynika, że nastroje w Białym Domu były napięte, a urzędnicy określali atmosferę w sztabie jako mocno buntowniczą.
Totalna wojna z Fox News. Zarzuty o sabotaż i spadek oglądalności
Najbardziej zaskakującym i agresywnym elementem nocnej aktywności Donalda Trumpa w mediach społecznościowych był jednak zmasowany atak na stację Fox News, która tradycyjnie uchodziła za główne medium sprzyjające amerykańskiej prawicy. Prezydent opublikował serię długich, pełnych emocji wpisów, w których oskarżył stację o celowe działanie na szkodę jego ruchu politycznego. Trump stwierdził między innymi, że oglądalność Fox News drastycznie spada, bo aż o dwadzieścia siedem procent, ponieważ stacja poświęca zbyt wiele czasu na pokazywanie ogarniętych syndromem nienawiści do Trumpa Demokratów. Dodał, że wszyscy ludzie, którzy kiedyś oglądali Foxa, doskonale to rozumieją, i podkreślił, że winę za te spadki ponosi sama stacja, a nie on, ponieważ jego osobiste sondaże są najlepsze w historii.
Szczególną wściekłość prezydenta wywołała obecność na antenie byłego burmistrza Nowego Jorku, Billa de Blasio. Trump zastanawiał się publicznie, dlaczego Fox News pokazuje człowieka, którego określił mianem najgorszego burmistrza w historii Nowego Yorku, oskarżając go o rzucanie się na antenie niczym szaleniec i próbę pouczania Amerykanów, jak mają rządzić krajem. W podsumowaniu tego wątku Trump wprost zarzucił stacji, że ponosi ona pełną odpowiedzialność za porażki wyborcze prawicy poprzez ciągłe i konsekwentne pokazywanie na swojej antenie demokratycznej opozycji.
Napięcia na prawicy i zapowiedź wetowania ustaw
Ostra reakcja Donalda Trumpa nie ograniczyła się jedynie do podkreślania własnej nieobecności na kartach wyborczych. Jak relacjonują dziennikarze za oceanem, prezydent zaczął otwarcie krytykować kandydatów ze swojego obozu, którzy nie poradzili sobie w starciach z Demokratami. Niektórym zarzucił nielojalność wobec partyjnego programu, określając ich popularnym w USA mianem „RINO” (ang. Republican In Name Only – Republikanin tylko z nazwy). Oberwało się między innymi byłemu już gubernatorowi Teksasu Greggowi Abbottowi.
W kolejnych godzinach wieczoru wyborczego retoryka w obozie prezydenckim stawała się coraz bardziej bezkompromisowa. Trump zamieścił w mediach społecznościowych zdjęcie kultowej, czerwonej czapki z daszkiem, jednak zamiast klasycznego hasła „MAGA”, widniał na niej wymowny napis „VETO”. Analitycy polityczni odczytują to jako jasny sygnał ostrzegawczy dla opozycji. Jeśli Demokraci przejmą pełną kontrolę nad procesem legislacyjnym w Waszyngtonie, Biały Dom najprawdopodobniej oprze swoje rządy na masowym blokowaniu ich inicjatyw.
Nagły zwrot akcji i telefoniczny wywiad na antenie
Mimo wściekłych wpisów na platformie Truth Social, noc wyborcza przyniosła niespodziewany i bardzo dynamiczny zwrot akcji. Donald Trump postanowił osobiście zadzwonić do studia Fox News, by na żywo skomentować sytuację na antenie stacji, którą jeszcze przed chwilą tak mocno atakował w sieci. Co ciekawe, w rozmowie z dziennikarzami jego ton uległ wyraźnemu złagodzeniu, choć prezydent twardo trzymał się swojej wersji wydarzeń dotyczącej przyczyn porażki.
Podczas ponad piętnastominutowej rozmowy Trump zaskoczył widzów, decydując się na niespodziewane pogratulowanie swoim politycznym rywalom. Przyznał, że Demokraci wykonali bardzo dobrą robotę i walczyli wyjątkowo twardo. Jednocześnie konsekwentnie utrzymywał dystans od porażki własnej partii, powtarzając, że nie traktuje tego wyniku jako osobistej przegranej, ponieważ jego samego nie było na kartach do głosowania, a to diametralnie zmienia układ sił. Winą za słaby wynik obarczył bezpośrednio Republikanów, stwierdzając, że wyborcy po prostu nie polubili tych konkretnych kandydatów.
Niezwykle istotnym momentem wywiadu była deklaracja dotycząca uznania wyniku wyborów. Zapytany wprost przez prowadzących, czy zaakceptuje oficjalne rezultaty tych wyborów, odpowiedział twierdząco i zapytał retorycznie, dlaczego miałby tego nie zrobić. Odnosząc się do przyszłości rządzenia krajem w nowej rzeczywistości politycznej, prezydent zapowiedział twardą kohabitację. Zadeklarował, że z jednej strony natychmiast odrzuci wszelkie skrajne ustawy lewicy, z drugiej jednak strony wyraził otwartość na dialog i współpracę w obszarach, które nie budzą głębokich kontrowersji światopoglądowych lub ustrojowych.
Co to oznacza dla amerykańskiej sceny politycznej?
Wybory połówkowe (tzw. midterm elections) tradycyjnie stanowią rodzaj ogólnokrajowego plebiscytu, w którym amerykańscy wyborcy oceniają pierwsze lata urzędowania głowy państwa. Analizując zarówno nocne, pełne emocji wpisy na platformie społecznościowej, jak i późniejszy, znacznie bardziej wyważony wywiad telefoniczny dla Fox News, eksperci przewidują, że Stany Zjednoczone czeka teraz okres głębokiego politycznego pata.
Z jednej strony Trump zapowiada bezkompromisową walkę z nową większością parlamentarną przy użyciu prawa weta oraz publiczne rozliczanie własnego zaplecza politycznego. Z drugiej strony jego pojednawcze gesty na antenie telewizyjnej mogą sugerować, że prezydent zdaje sobie sprawę z trudnej sytuacji i będzie zmuszony do lawirowania w nowej, podzielonej rzeczywistości Waszyngtonu. Uwaga opinii publicznej skupia się teraz na ostatecznym zliczaniu głosów w okręgach wahających się, co ostatecznie zdefiniuje układ sił przed nadchodzącym wyścigiem prezydenckim.