- Ukraińska Powstańcza Armia (UPA), choć dla Ukrainy symbolizuje walkę o niepodległość, w Polsce budzi ogromne kontrowersje, związane ze zbrodnią wołyńską.
- Ostatnia decyzja prezydenta Zełenskiego o nadaniu jednostce imienia „Bohaterów UPA” zaostrzyła polsko-ukraiński spór, raniąc pamięć ofiar.
- Poznaj wstrząsające świadectwa ocalałych, które ujawniają, dlaczego dla Polaków UPA to nie tylko historia, ale wciąż bolesna, żywa rana.
Czym była UPA?
UPA, czyli Ukraińska Powstańcza Armia, powstała w czasie II wojny światowej jako formacja związana z ukraińskim ruchem nacjonalistycznym. Jej zaplecze ideowe wyrastało z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, przede wszystkim z frakcji banderowskiej. W najprostszym ujęciu UPA chciała walczyć o niepodległą Ukrainę, ale sposób prowadzenia tej walki na zawsze obciążył relacje polsko-ukraińskie.
W ukraińskiej pamięci historycznej UPA często funkcjonuje jako formacja antykomunistyczna i antymoskiewska. Ten obraz ma dziś dla Ukrainy szczególne znaczenie, bo państwo to od lat walczy z rosyjską agresją. Właśnie dlatego ukraińskie symbole oporu wobec Moskwy są tam traktowane jako część polityki pamięci i wojennej tożsamości.
Polska pamięć skupia się jednak na innym rozdziale tej historii. Na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej podczas II wojny światowej ginęli cywile, płonęły wsie, a tysiące rodzin przez dziesięciolecia nie wiedziały nawet, gdzie pochowano ich bliskich. Z tego powodu nazwa UPA budzi w Polsce tak silne emocje i pozostaje ściśle związana z pamięcią o zbrodni wołyńskiej oraz jej ofiarach.
Dlaczego UPA wywołuje w Polsce tak silne emocje?
Najcięższy zarzut dotyczy zbrodni wołyńskiej. Według Instytutu Pamięci Narodowej w latach 1943–1945 ukraińscy nacjonaliści zamordowali od 80 do 120 tys. Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. IPN wskazuje, że celem działań Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii było wyniszczenie polskiej ludności na terenach uznawanych przez ukraińskich nacjonalistów za ukraińskie.
Czarnek krzyczał na całe gardło ze sceny o UPA, a ludzie zamarli. „To jest świństwo!”
Szczególne miejsce w pamięci zajmuje 11 lipca 1943 roku, czyli Krwawa Niedziela. Tego dnia doszło do skoordynowanych ataków na Polaków w wielu miejscowościach dawnego województwa wołyńskiego. Dla rodzin ofiar nie jest to abstrakcyjna data z podręcznika, ale symbol utraty bliskich, domów i świata, który wcześniej wydawał się zwyczajny.
O co chodzi z jednostką imienia „Bohaterów UPA”?
Najnowszy spór wybuchł po decyzji prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu Odrębnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Specjalnych Operacji Zbrojnych Sił Ukrainy honorowego imienia „Bohaterów UPA”. W uzasadnieniu podkreślano nawiązanie do historycznych tradycji narodowego wojska oraz znaczenie jednostki w obronie integralności terytorialnej i niepodległości Ukrainy.
Zestawienie słowa „bohaterowie” z nazwą UPA bywa w Polsce odbierane jako trudne do zaakceptowania i jako bolesny gest. Choć po stronie ukraińskiej nacisk często kładzie się na walkę z ZSRR i opór wobec komunizmu, w polskiej pamięci UPA pozostaje przede wszystkim związana ze zbrodnią wołyńską. Za tym skrótem kryją się nie tylko historyczne spory i odmienne interpretacje przeszłości, ale także relacje ocalałych, wspomnienia rodzin ofiar oraz pamięć o miejscach, które przez wiele lat nie mogły zostać godnie upamiętnione.
Spór bardzo szybko wyszedł poza dyskusję historyków. Stał się częścią wielkiej polityki, relacji Warszawy z Kijowem i polskiej debaty o tym, gdzie przebiega granica między solidarnością z walczącą Ukrainą a obowiązkiem upominania się o pamięć ofiar Wołynia.
Dla Polski to nie tylko historia. Chodzi o pamięć ofiar
Polskie MSZ jednoznacznie negatywnie oceniło decyzję o nadaniu ukraińskiej jednostce imienia „Bohaterów UPA”. Rzecznik resortu Maciej Wewiór wskazywał, że ta decyzja „rani pamięć o ofiarach tej organizacji” i może zostać wykorzystana przez rosyjską propagandę.
Wicepremier i szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz apelował do władz Ukrainy o ponowne rozważenie tej decyzji. Według relacji PAP mówił, że państwowa gloryfikacja UPA jest dla Polaków „nie do przyjęcia”. Jednocześnie zaznaczał, że Polska i Ukraina pozostają partnerami w sprawach bezpieczeństwa, ale w sprawach historii trzeba mówić prawdę.
Kosiniak-Kamysz wskazał Nawrockiemu „zadanie numer 1”. Chodzi o Zełenskiego
Sprawa urosła także do rangi konfliktu wokół Orderu Orła Białego dla Wołodymyra Zełenskiego. Prezydent Karol Nawrocki zaproponował rozważenie odebrania ukraińskiemu przywódcy najwyższego polskiego odznaczenia. 8 czerwca 2026 roku zebrała się w tej sprawie Kapituła Orderu Orła Białego, która przedstawiła opinię prezydentowi. Decyzja ma zapaść w późniejszym terminie.
Świadkowie Wołynia opowiadali po latach. Te relacje tłumaczą ból Polaków
Żeby zrozumieć, dlaczego nazwa „Bohaterowie UPA” uruchamia jeden z najtrudniejszych polsko-ukraińskich sporów, nie wystarczy sucha definicja z podręcznika. Trzeba sięgnąć do relacji ludzi, którzy przeżyli zbrodnię wołyńską albo zapamiętali ją z rodzinnych opowieści. W tych świadectwach powracają nocne ucieczki, ostrzeżenia od sąsiadów, dym nad wsią, strach przed napastnikami i obrazy, które po latach nadal nie dawały o sobie zapomnieć.
Wśród świadectw zebranych przez IPN szczególnie poruszająca jest historia Teresy Krystyny Winnickiej, siostry Cecylii, felicjanki urodzonej 1 listopada 1943 roku w Sarnach na Wołyniu.. W cyklu „Świadkowie historii” opowiadała o losach rodziny Winnickich z Janówki pod Sarnami. Jej relacja dotyczy nocnej ucieczki po ostrzeżeniu przez ukraińskiego sąsiada i późniejszych losów bliskich, którzy w jednej chwili musieli zostawić dom, gospodarstwo i całe dotychczasowe życie. Jej bliscy przeżyli, bo ich dom stał na końcu wsi, a gdy zaczęły płonąć pierwsze chałupy, zdołali uciec do pobliskiego lasu. W tej relacji pojawia się też dramatyczny obraz ostrzeżenia ze strony ukraińskiego sąsiada. Miał krzyczeć do Polaków: „Uciekajcie! Zaraz was zamordują!”.
Ta relacja przypomina też o czymś, co w dyskusjach o zbrodni wołyńskiej bywa pomijane. Wśród Ukraińców byli nie tylko sprawcy, ale również ludzie, którzy ostrzegali polskich sąsiadów przed atakami, ukrywali ich i pomagali im uciekać. Dlatego pamięć o Wołyniu nie sprowadza się do prostych podziałów. Obejmuje zarówno odpowiedzialność OUN-UPA za dokonane zbrodnie i ludobójstwo, jak i historie tych, którzy mimo narastających mordów zdecydowali się ratować innych.
Na portalu Zbrodnia Wołyńska, prowadzonym przez IPN, w dziale „Świadkowie” opublikowano także relację Anny Szumskiej, urodzonej w 1919 roku. Szumska mówiła o przedwojennym sąsiedztwie Polaków i Ukraińców w Borkach koło Lubomla. Wspominała, że przed wojną ludzie żyli obok siebie zwyczajnie: odwiedzali się, zapraszali na święta, zawierali małżeństwa. Później atmosfera zaczęła się zmieniać. W jej relacji pojawia się opis zgromadzenia w Horodnie i słowa: „Bery kosu, bery niż i na Lacha…”. Po chwili znajomy Ukrainiec miał ją ostrzec: „Uciekajcie. Jak ktoś pokaże, że wy Polki, to już do domu nie wrócicie”.
W tym samym opracowaniu portalu Zbrodnia Wołyńska, zatytułowanym „Bery kosu, bery niż i na Lacha…”, znalazła się relacja Jadwigi Majewskiej, urodzonej w 1933 roku. W lipcu 1943 roku miała niespełna dziesięć lat i była świadkiem tragedii Huty Stepańskiej. Wspominała ucieczkę do Sarn, strzały, krzyki napastników i ludzi zabitych podczas wycofywania się. Po latach mówiła krótko: „Widziałam bardzo dużo pomordowanych”. Ta oszczędność słów działa mocniej niż szczegółowy opis. Zostawia czytelnika z obrazem dziecka, które zobaczyło więcej, niż ktokolwiek powinien zobaczyć.
Strona internetowa Zbrodnia Wołyńska przywołuje również świadectwo Kazimierza Kobylarza, urodzonego w 1928 roku. Miał piętnaście lat, gdy 12 lipca 1943 roku zapamiętał pożar wsi Maria Wola. Opowiadał o ucieczce rodziny w zboże, o strachu i o chwili, gdy ojciec, matka oraz dziewięcioletni bratanek postanowili wrócić do domu. W relacji Kobylarza pojawia się dramatyczny moment. Chłopiec słyszał krzyk ojca, później strzał. Dopiero po latach dowiedział się, jak chowano jego rodziców i co stało się z bratankiem.
Czy Zełenski straci Order Orła Białego? Pałac Prezydencki przedstawił swoje stanowisko
Osobne, bardzo mocne świadectwo zostawił Jan Michalewski, urodzony w 1938 roku. Jego relacja także została opublikowana na portalu w dziale „Świadkowie”. Michalewski miał sześć lat, gdy 13 lutego 1944 roku napad zniszczył jego rodzinną wieś Hucisko Brodzkie. Wspominał strzelaninę, zamęt w domu, ucieczkę z innymi dziećmi i rannego ojca leżącego później na słomie. Ojciec, jak opowiadał po latach, co pewien czas jęczał: „Dobijcie mnie”. Obok płakała matka, a dzieci klęczały i odmawiały pacierze.
Wśród relacji opublikowanych na portalu Zbrodnia Wołyńska jest także świadectwo Zygmunta Jana Borcza, urodzonego w 1931 roku. Borcz opowiadał o ataku na kościół w Rakowcu, około 20 kilometrów od Lwowa. Wspominał strzały, ludzi chowających się na chórze i strychu oraz strach przed tym, co stanie się z wiernymi. Jako dziecko miał zapytać kościelnego: „Co się z nami stanie?”. Odpowiedź była krótka i przerażająca: „Nic. Zarżną nas”. W tej samej historii pojawia się jednak ważny szczegół: dzięki interwencji greckokatolickiego księdza Bereziuka i sołtysa Ptasznika część Polaków udało się uratować.
UPA nie funkcjonuje w polskiej pamięci wyłącznie jako hasło z podręcznika historii. Przywołuje obrazy dzieci uciekających przez pola, rodzin tracących bliskich, płonących wsi i relacje ocalałych, którzy po latach nadal pamiętali pojedyncze słowa, krzyki i twarze. Dlatego spór o „Bohaterów UPA” nie jest wyłącznie sporem o nazwę ukraińskiej jednostki. Dotyka pamięci o zbrodni wołyńskiej, która w Polsce wciąż pozostaje jedną z najbardziej bolesnych ran XX wieku.