Przypomnijmy krótko: Grzegorz Przemyk został zatrzymany przez milicję w maju 1983 roku, gdy świętował maturę. Nie miał dokumentów, więc przewieziono go na komisariat, gdzie został brutalnie pobity. Zmarł po dwóch dniach w wyniku odniesionych obrażeń. na jego pogrzebie zgromadziły się tłumy. Uroczystość pogrzebowa stała się wielką manifestacją antykomunistyczną, zwłaszcza, że władze próbowały zrzucić winę na lekarzy operujących Przemyka przed śmiercią.
Początkowo dziennikarka wspomina Przemyka jedynie w kontekście tego, że nazwisko jej męża kojarzyło się ludziom ze wszystkimi krwawymi represjami rządu. Maria Kiszczak uważa jednak, że: - Ta zła atmosfera wokół mojego męża jest stworzona sztucznie. Społeczeństwo zostało poddane praniu mózgu (...) księża zrobili ludziom pranie mózgu. Wzburzało mnie to, co słyszałam z ambon. Np. poszłam z rodziną na pasterkę na kościoła w Wilanowie, a tam ksiądz od razu dzielił ludzi na patriotów i kolaborantów. Wydźwięk był taki, że najlepiej byłoby zabijać tych "kolaborantów". Wtedy przestałam chodzić do Kościoła, chociaż jestem wierząca.
Dziennikarka wraca do wątku Przemyka po paru minutach i przypomina, że zachował się dokument, w którym jej mąż napisał, że winą za jego śmierć należy obciążyć lekarzy. Generałowa tłumaczy:- Trzeba prześledzić przebieg tych wydarzeń. Przecież to był stan wojenny, kontrole były więc zaostrzone. A tu nagle grupa młodych ludzi wytacza się z bocznej uliczki, zaczynają się przewracać w centrum Warszawy, jeden bez buta, chyba ten Przemyk. A milicja pilnuje porządku, więc zgarnęli tę grupę (...) poprosili o dowód osobisty, a on powiedział, że nie da dowodu takiej hołocie.
Następnie jest coraz ciekawiej, ponieważ Kiszczakowa przedstawia własną wersję wydarzeń, uznając ówczesne media za wiarygodny środek przekazu: - To nie jest potwierdzone, że go skatowali. Ta wersja powstała później. A śledziłam tę sprawę, wiadomości miałam nie od męża, ale z mediów. Został zabrany z posterunku, gdzie go przesłuchiwano, przez pogotowie. Bo to on zaczął atakować policjantów! (...) Karetka go wiozła do szpitala, wtedy zaatakował jednego z sanitariuszy. Zaczął go walić pięściami, może był po narkotykach? To ten go raz, drugi, trzeci... Potem ludzie widzieli w przychodni, jak go wyciągano za nogi. Taki był agresywny. I wrzeszczał.
Maria Kiszczak uważa, że legenda jaka narosła wokół tej śmierci jest m.in. spowodowana praniem mózgów, o którym wspominała wcześniej. Usprawiedliwia również brutalne pobicie, tym, że według niej Przemyk: - zachowywał się prowokacyjnie. Agresywnie. A kto sobie pozwoli na takie zachowanie? To samo było w karetce. Brał narkotyki i używki. I co ma w tym wspólnego Kiszczak? To były działania milicji! To Solidarność nagłośniła tę sprawę. Temat puentuje słowami: - A poza tym, skoro był w takim stanie, to dlaczego go wypuścili ze szpitala do domu? Czyli zdrowy chłopak.
Zobacz także: Maria Kiszczak SZCZERZE o związku z generałem: Traktował mnie jak sprzątaczkę