Anna Wójcik opuściła areszt w czwartek (3 kwietnia), ponieważ prokurator uchylił tymczasowe aresztowanie wobec niej, a przyrzeczną takiej decyzji jest stan zdrowia jej dziecka. Rzecznik prasowy Prokuratury Krajowej prok. Przemysław Nowak poinformował, że prokurator uchylił wobec niej środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania, uwzględniając przepis Kodeksu postępowania karnego, który dopuszcza odstąpienie od tymczasowego aresztowania ze względu na możliwe negatywne skutki dla osoby najbliższej podejrzanej. Rzecznik dodał, że prokurator uzyskał opinię biegłego, z której wynika, że istnieje możliwość, iż opieka sprawowana nad dzieckiem przez tylko jednego rodzica uniemożliwi małoletniemu właściwą egzystencję lub pogłębi jego chorobę.
- W sprawie nadal aktualne pozostają przesłanki stosowania środków zapobiegawczych, w tym istnieje duże prawdopodobieństwo, że podejrzana popełniła zarzucane jej przestępstwa – mówił prok. Nowak. Dlatego też zastosowano wobec Anny Wójcik poręczenie majątkowe w wysokości 400 tys. zł, a także dozór policji połączony z zakazem kontaktu z uczestnikami postępowania i zakaz opuszczania kraju.
Kobieta w rozmowie z telewizją wPolsce24 opowiedziała o tym, co przeżyła i jak wyglądało jej życie w areszcie. Jej relacja jest mocna. Jak przyznała na dwa miesiące została odizolowana od rodziny, od dziecka:
Odbieram to jako ogromną niesprawiedliwość. Nawet nie tyle niesprawiedliwość od losu, co niesprawiedliwość od ludzi, którzy po prostu mi ten los zgotowali. Zgotowali to mojej rodzinie, a zgotowali przede wszystkim mojemu choremu synowi, ponieważ to jest niehumanitarne trzymać matkę chorego dziecka w areszcie, w momencie kiedy dziecko jest chore. Ja byłam dla niego ostoją, byłam dla niego trzonem jego terapii i w pewnym momencie w dniu 29 stycznia o 6 rano po prostu ta więź została zerwana. Zostałam odizolowana na te dwa miesiące od własnego dziecka, od dziecka chorego, które potrzebuje matki, potrzebuje terapii, potrzebuje bliskości. Żaden organ państwa, żadna instytucja nie jest w stanie zastąpić tej matczynej miłości - mówiła.
Anna Wójcik wprost przyznała, że nie dała się "złamać" i dodała, że czuła się jak "zbir": - Nikt nie musiał pytać wprost, czy coś powiem. Wystarczyło zastosować tego typu środki i takie metody, żebym po prostu sama w końcu pękła i być może coś powiedziała. Trafiła jednak kosa na kamień, nie udało im się. Poczułam się po prostu jak zbir, morderca, terrorysta, a ja jechałam do prokuratury walczyć o to, aby po prostu walczyć o zdrowie i życie mojego dziecka. To było doświadczenie okropne, traumatyczne. Nie życzę nikomu po prostu takiego potraktowania - stwierdziła.

Sprawa Anny Wójcik, byłej współpracowniczki Morawieckiego
Przypomnijmy, że pod koniec stycznia, na polecenie prokuratora ze śląskiego wydziału Prokuratury Krajowej, funkcjonariusze CBA zatrzymali trzy osoby w śledztwie w sprawie nieprawidłowości w RARS, w tym Annę W., jej męża i Pawła K. – właściciela agencji PR. Sąd uwzględnił wówczas wniosek o aresztowanie Anny Wójcik i Pawła K., jednak 19 lutego mąż Anny - za poręczeniem majątkowym - areszt opuścił.