- Według Piotra Trudnowskiego finansowa słabość PiS zniosła dotychczasowy monopol partii i otworzyła drogę do większej fragmentacji prawicy.
- Prawica jest dziś podzielona pokoleniowo: młodsi wyborcy wybierają Konfederację i Brauna, starsi pozostają przy PiS.
- Globalne trendy i negatywna polaryzacja sprzyjają radykalizacji, ale jednocześnie umożliwiają współpracę PiS i Konfederacji.
PiS przegrywa z konkurencją po utracie środków
„Super Express”: - Rok 2025 utrwalił rozbicie dzielnicowe na polskiej prawicy. Zwiastuje on powrót do wielkiej smuty lat 90., gdy rozdrobienie prawicy uniemożliwiało jej sięgnięcie po władzę? A może współczesne realia polityczne ten scenariusz uniemożliwiają?
Piotr Trudnowski: - Teoretycznie powrót do sytuacji z lat 90. wydaje się niemożliwy. Głównie ze względu na system finansowania partii, który zmienił polską politykę w sposób fundamentalny. To on przez lata cementował dominację Prawa i Sprawiedliwości, sprawiając, że każdy nowy projekt na prawicy był skazany na marginalizację z powodu finansowej przepaści. Jednak w 2025 r. sytuacja uległa gwałtownej zmianie. PiS został pozbawiony istotnej części środków budżetowych, i co warto podkreślić, stało się to w sposób budzący wątpliwości prawne – minister finansów nie zrealizował decyzji Sądu Najwyższego oraz Państwowej Komisji Wyborczej w tym zakresie. Dziś potencjał finansowy PiS i nowych projektów po prawej stronie staje się bardziej wyrównany. To zdejmuje gorset, który trzymał prawicę w jedności pod wodzą Nowogrodzkiej. Pokusa tworzenia nowych bytów i rozbijania monopolu PiS jest dziś znacznie większa niż kiedykolwiek w ostatniej dekadzie.
Mateusz Morawiecki zapowiada "rok bitew o normalną Polskę". Czego możemy się spodziewać w 2026 roku?
- Czy to rzeczywiście tylko kwestia pieniędzy? Czy nie mamy raczej do czynienia z głębokim uwiądem ideowym PiS? Tymczasem prawica przez lata ewoluowała, stając się coraz bardziej wyrazista, co widać po sukcesach Konfederacji. Czy pieniądze to jedyne paliwo tej zmiany?
- Myślę, że czynnik ekonomiczny nie jest może kluczowy, ale jest niedoceniany. Niemniej, drugą fundamentalną kwestią w podziale prawicy jest demografia. Prawo i Sprawiedliwość po prostu przestało rozmawiać z młodszymi wyborcami, do których jeszcze w okolicach 2020 roku udawało się mu w jakimś stopniu docierać. Jeśli spojrzymy na dane z lat 2023–2025, zobaczymy uderzający podział: elektorat prawicowy w Polsce pęka dokładnie w okolicach 45. roku życia. Do tej granicy wyborcy prawicowi głosują głównie na Konfederację – najpierw na formację Mentzena, a coraz częściej także na Brauna. PiS zaczyna dominować dopiero w grupach powyżej 45. roku życia. To nie jest drobna różnica, to dwa niemal lustrzane odbicia struktury elektoratu, które prawie się nie zazębiają.
Tylko Morawiecki wyciągnął wnioski
- Skąd ten podział?
- To z jednej strony duża umiejętność polityków Konfederacji poruszania się w mediach społecznościowych, ale także konsekwencja negatywnej oceny dorobku rządów PiS przez młodsze pokolenie, zwłaszcza w kontekście lat 2020–2023. Partia Jarosława Kaczyńskiego zrobiła niewiele, by wycofać się z popełnionych wtedy błędów. Symbolem tej stagnacji była chociażby obecność Jacka Kurskiego na kongresie programowym w Katowicach, co dla wielu było sygnałem, że formacja niczego nie zrozumiała. Wyjątkiem na tym tle był Mateusz Morawiecki. To paradoks, bo przecież on sam był twarzą wielu negatywnych zjawisk drugiej kadencji PiS, ale w 2025 r. zaczął się istotnie odbudowywać. Zrozumiał nowe formy komunikacji – nie bał się stanąć do debaty z Adrianem Zandbergiem, Sławomirem Mentzenem czy Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz. Pojawiał się w dziesiątkach podcastów, co udowodniło, że jako jeden z nielicznych w PiS wyciągnął wnioski z przegranej w 2023 r. Reszta partii zdaje się działać według zasady: „niczego się nie nauczyli, nic nie zapomnieli”.
- Jak polską prawicę kształtują globalne trendy polityczne?
- Wszystkie te procesy mają oczywiście istotny kontekst międzynarodowy. Wpływ ruchu MAGA i Donalda Trumpa nie tylko zmienia formy komunikacji, no ale też zmienia granice tego, co można powiedzieć. To, co kiedyś nazywaliśmy poprawnością polityczną, jest dziś pojęciem niemal archeologicznym. W rzeczywistości nowych mediów nie ma już poglądów, które realnie wykluczałyby z debaty. Widzimy to wyraźnie na przykładzie Grzegorza Brauna. Pewne treści, które dawniej byłyby uznane za antysemickie i „skasowane” z przestrzeni publicznej, dziś pojawiają się w głównym nurcie. To nie jest zjawisko pozytywne, ale to fakt, który buduje poparcie dla bardziej radykalnych polityków. Co więcej, zmienił się też konsensus geopolityczny na polskiej prawicy.
- To znaczy?
- Cała polska prawica za Lechem Kaczyńskim opierała się na jednoznacznym antyrosyjskim prometeizmie. Tymczasem pod wpływem trendów płynących z USA od Trumpa i popularności partii alt-right na Zachodzie, na polskiej prawicy pojawiły się emocje antyukraińskie i tzw. „pseudorealizm” w stosunkach z Rosją. Coś, co dawniej wykluczało z prawicy, dla części wyborców stało się akceptowalnym politycznie.
Nowa wojna w koalicji. Minister z PSL zaatakował marszałka Sejmu
Możliwa jest współpraca PiS i Konfederacji
- Czy te podziały – demograficzne, komunikacyjne i geopolityczne – skazują te partie na wieczny konflikt, czy jednak na współpracę?
- Dominującą emocją w polskiej polityce pozostaje negatywność. Nieistotne jest to, co nas łączy w programie pozytywnym, kluczowe jest to, że ci „po drugiej stronie” są postrzegani jako znacznie gorsi. To spaja zarówno koalicję rządzącą, jak i obóz prawicowy. Niechęć do Donalda Tuska łączy PiS, Konfederację i Brauna silniej niż jakikolwiek wspólny projekt. Dlatego, moim zdaniem, współpraca między PiS a Konfederacją jest jak najbardziej możliwa i realna. Uważam, że emocjonowanie się sporami między tymi partiami w 2025 r. jest przeskalowane. Wielkim znakiem zapytania pozostaje jednak Grzegorz Braun.
- Co z nim?
- Ze względu na kwestie bezpieczeństwa i formację kulturową liderów starej prawicy i tej średniego pokolenia, trudno sobie wyobrazić trwałą współpracę z jego nurtem. Choć trzeba pamiętać, że popularność takich ruchów często kończy się tak, jak Samoobrony w 2005 roku – w sondażach byli potęgą, ale realny wynik dowiozły partie mainstreamowe. Dlatego sporo na prawicy mówi się o „wariancie włoskim” jako marzeniu niektórych liderów.
- Co on oznacza?
- Chodzi o to, jak włoską prawicę ułożyła sobie Giorgia Meloni i o to, żeby przeszczepić to na polski grunt. Z jednej strony mamy Krzysztofa Bosaka i Konfederację, którzy marzą o zastąpieniu Jarosława Kaczyńskiego na pozycji lidera całego obozu prawicowego – dokładnie tak, jak Meloni weszła z „prawej flanki” i zastąpiła starą centro-prawicę. Z drugiej strony, Mateusz Morawiecki sugeruje, że optymalny byłby układ, w którym obok partii prawicowych i alt-prawicowych, istnieje silna formacja typu chadeckiego. To wyraźne mrugnięcie okiem w stronę PSL i próba wyobrażenia sobie koalicji PiS-Konfederacja-Ludowcy. Choć dziś brakuje gotowości do takich ruchów, to scenariusz „wszyscy do jednej bramki” nie jest jedynym możliwym.
- W tym złożonym krajobrazie pojawia się postać Karola Nawrockiego. Czy on może być tym spoiwem, którego szuka rozbita prawica?
- Cóż, przede wszystkim, jeśli Karol Nawrocki jest największym zwycięzcą politycznym 2025 r., to największym przegranym jest Jarosław Kaczyński. Po raz pierwszy na prawicy pojawił się polityk tego formatu, który ma potencjał bycia liderem szerszym niż tylko partyjnym, a przede wszystkim – politykiem niezależnym od PiS. To kluczowa różnica między nim a Andrzejem Dudą. Duda był na PiS skazany; kiedy w 2020 r. poparcie partii dla niego stanęło pod znakiem zapytania, był przerażony. Nawrocki natomiast mógłby prowadzić swoją politykę nawet bez PiS, mając w odwodzie wsparcie Konfederacji. Jego siła płynie z tego, że został prezydentem głosami od Grzegorza Brauna po Trzecią Drogę.
- Pytanie, czy może zbudować sobie partyjne zaplecze, bez którego trudno myśleć o roli rozgrywającego.
- On nie potrzebuje budować własnej frakcji wewnątrz PiS, bo on sam jest „frakcją”. Każdy polityk prawicy, widząc jego wysokie zaufanie społeczne, chce się przy nim ogrzać. Widziałem to podczas uroczystości 11 listopada – rozpoznawalni posłowie stali w kolejkach po zdjęcie z prezydentem, bo takie zdjęcie w social mediach budowało im zasięgi. Nawrocki ma „gravitas”, czyli naturalny ciężar gatunkowy, który sprawia, że nie musi wchodzić w techniczne układanie list wyborczych czy organizowanie Konwentu Świętej Katarzyny w Belwederze.
Możliwy jest każdy scenariusz dla PiS
- Ale czy ambitni „generałowie” wewnątrz PiS, jak Czarnek czy Jaki, pozwolą mu na taką autonomię?
- Dopóki Jarosław Kaczyński jest aktywny, PiS będzie istniał jako istotny, choć już nie dominujący podmiot. Pytania o sukcesję są obarczone tym samym błędem, który komentatorzy popełniają od dekady, wieszcząc koniec prezesa. Jednak po jego odejściu z polityki możliwy jest absolutnie każdy scenariusz: od rozpadu, przez transformację, po wspomniany wariant włoski. Nawrocki nie potrzebuje otwartego konfliktu z Kaczyńskim; demografia i czas grają na jego korzyść.
- Polska prawica stoi przed dylematem, który dobrze widać w wewnętrznych sporach w Prawie i Sprawiedliwości: iść radykalizm, za którym opowiadają się tacy politycy jak Czarnek czy wybrać umiarkowany konserwatyzm, jak chciałby tego Morawiecki. W którą stroną zaprowadzi prawicę podział?
- Z punktu widzenia prawicy, najbardziej racjonalnym rozwiązaniem byłoby zarządzanie różnorodnością. Rok 2025 pokazał, że ludzie są ciekawi polityki, gdy dochodzi w niej do konfrontacji wizji. Jeśli PiS chce wyjść z korkociągu spadających sondaży, musi zaakceptować to, że jest partią frakcyjną. Zamiast dusić wewnętrzne spory, powinien nimi zarządzać, organizując debaty programowe między różnymi nurtami. Jeśli tego nie zrobi, wyborcy szukający autentyczności i energii będą uciekać do innych formacji, a PiS pozostanie partią nudną, zamkniętą i nieciekawą. W polskiej polityce nadchodzą czasy, w których monolity pękają, a przetrwają ci, którzy nauczą się budować koalicje na fundamencie różnorodności, a nie ślepego posłuszeństwa.
Rozmawiał Tomasz Walczak