- Mieszkańcy Moskwy, którzy dotąd czuli się odizolowani od wojny na Ukrainie, po atakach na instalacje petrochemiczne i inne cele w stolicy, doświadczyli "dysonansu poznawczego" i poczucia bycia "wciąganym w konflikt".
- Zamiast protestów antywojennych, ataki na terytorium Rosji wywołały wśród społeczeństwa agresywną reakcję, domagającą się "wojowania naprawdę", w tym użycia broni jądrowej, w celu szybkiego i zwycięskiego zakończenia wojny.
- Agresywne nastroje społeczne są wynikiem systematycznej, codziennej indoktrynacji prowadzonej przez rosyjskie media od 2014 roku, która karmiła Rosjan nienawiścią i narracją o ukraińskich "zbrodniach", co Zachód, zdaniem eksperta, zignorował.
Od pełnoskalowej inwazji na Ukrainę mieszkańcy Moskwy żyli w specyficznej, propagandowej bańce. Podczas gdy prowincja wysyłała na front swoich synów, stolica liczyła zyski. Wacław Radziwinowicz zwraca uwagę na uderzający paradoks, gdzie wielu Moskwian uważało, że wojna toczy się całkowicie bez ich udziału.
Wszystko zmieniło się w momencie, gdy nad stolicą Rosji zaczęły płonąć instalacje petrochemiczne. Jak zauważa ekspert, wywołało to głęboki dysonans poznawczy, czego dowodem jest przytoczona przez niego wypowiedź jednej z mieszkanek Moskwy.
- Ataki ukraińskich dronów na stolicę są próbą wciągnięcia Moskwy do wojny rosyjsko-ukraińskiej – cytuje kobietę Radziwinowicz. - Ona tak, jakby uważała, że Moskwa do tej pory trzymała się z dala od wojny. To z pozoru jest paradoksem, ale ono bardzo wiele mówi o Rosji, o jej strukturze, o ustroju, który tam panuje - mówił w programie "Najsztub pyta".
Ekspert wyjaśnia, że uprzywilejowanie stolicy to celowa, historyczna strategia rosyjskich władców.
- Jeżeli coś się w Rosji może stać, to musi się stać koniecznie w stolicy. Jest nawet takie powiedzenie: "Jeśli u nas, to znaczy w Rosji, coś się dzieje, a nie dzieje się w Moskwie, to tego nie ma" – tłumaczy publicysta.
Zełenski odwołał przyjazd do Gdańska! Kosiniak-Kamysz: „Zbiera pokłosie swojej decyzji”
Wydawać by się mogło, że przeniesienie działań wojennych na terytorium agresora wywoła wśród Rosjan antywojenne protesty lub nacisk na rozmowy pokojowe. Nic bardziej mylnego. Zdaniem Radziwinowicza, rosyjskie społeczeństwo, poddawane systematycznej indoktrynacji od 2014 roku, reaguje agresywnym odruchem obronnym i chęcią odwetu.
- Podniosły się bardzo głosy o tym, że trzeba zacząć wojować naprawdę. A "naprawdę" to znaczy przy pomocy Oresznika, a już najlepiej to przy pomocy broni jądrowej [...] Nas biją, ale przecież my mamy świetną armię, mamy świetną broń – bo o tym słyszą Rosjanie od dawna, Putin im to opowiada. Więc użyjmy tego i jednak w końcu zakończmy tę wojnę, ale zwycięstwem – opisuje nastroje w stolicy były korespondent.
Dlaczego Rosjanie wciąż w tak ogromnym procencie, szacowanym przez Radziwinowicza na ponad połowę, popierają działania wojenne? Ekspert uważa, że Zachód popełnił kardynalny błąd, ignorując to, co działo się w rosyjskich mediach rządowych przez ostatnie 10 lat. Rosyjskie społeczeństwo karmiono nienawiścią codziennie, serwując im drastyczne obrazy rzekomych zbrodni ukraińskich na Donbasie.
- Przez ten czas od 14 roku do 22 roku Rosjanie wieczorem na kolację dostawali jakiś pożar, jakąś masakrę, jakiś nalot, jakąś ukraińską, powiedzmy, zbrodnię popełnianą na ludności Donbasu. Cały czas, dzień w dzień, było coś nowego, coś tragicznego, coś krwawego pod hasłem: "Naszych biją, naszych mordują, naszych prześladują'. Po prostu to weszło w krew narodowi” – podsumowuje Wacław Radziwinowicz.