Będąc w drodze z Bejrutu do Tyru (Sour), dotarły do nas informacje o zbombardowaniu kolejnego domu. Ciała pięcioosobowej rodzinny znaleziono pod gruzami w miejscowości Jebchit w dystrykcie Nabatieh. W polskich mediach pojawiają się skąpe wzmianki o naruszaniu rezolucji ONZ. Jak to możliwe, że podczas gdy całe miasteczka – Yaroun, Kawzah i Alma e‑Shaab – obracają się w perzynę, czytamy o „incydentach przygranicznych”? Otóż świat nie interesuje się Hezbollahem – muzułmanami. A to nie jest cała prawda, bo wśród Libańczyków mieszkających na południu kraju ok. 5 proc. stanowią maroniccy chrześcijanie.
Ich domy i kościoły również są bombardowane – jak zaatakowane klasztor i szkoła w Yaroun. Szerokim echem na świecie odbiło się zdjęcie izraelskiego żołnierza rozbijającego głowę posągu Chrystusa w miasteczku Debel. Izrael przeprosił i winą za ten „incydent” obarczył dwóch żołnierzy. Za karę zwolniono ich ze służby.
Reprezentant Kongregacji Misjonarzy Maronickich ks. Jean Junes opisuje sytuację w Debel, Rmeich i Ein Ebel: - Nasi ludzie zostali otoczeni przez izraelskich żołnierzy, bo odmówili opuszczenia wioski. Żeby zdobyć jedzenie, muszą prosić o pozwolenie. Łącznie to 1700 osób – dzieci, dorośli i starsi. Całe rodziny, które mieszkają w domach na starym mieście. Ci, którzy żyli poza tym terenem, wyjechali albo do Bejrutu, albo do innych miejscowości chrześcijańskich.
Na nagraniu, jakie pokazał nam ojciec Jean, widzimy, jak włoscy żołnierze ONZ w miejsce zbezczeszczonego posągu Chrystusa zainstalowali nowy. To symbol, który ma dać nadzieję, kiedy giną niewinni cywile.
Kto może, ucieka przed wojną. Centra uchodźcze w większych miastach, jak Sydon, przyjmują każdego. Nikt nie patrzy, czy nosisz nikab, czy krzyż ze św. Szarbelem. Nuncjatura apostolska w asyście żołnierzy UNIFIL‑u, w tym Polaków, wysyła uchodźcom konwoje z żywnością i lekami. Informator z nuncjatury nie pozwolił nam upublicznić swoich danych. Obawia się, bo nawet Watykan wie, że za wyjawienie prawdy o działaniach Izraela rząd Likudu może zablokować drogę dla transportów humanitarnych.
Informacje o planowanych nalotach Izraela pojawiają się na WhatsAppowym kanale 961 News. W czasie od kilkunastu minut do godziny spada deszcz pocisków. Izrael twierdzi, że celuje w pozycje bojówkarzy, ale w to nikt nie wierzy. Sama widziałam żniwo takich nalotów. Niebo patrolują drony i nikt nie może przekroczyć podyktowanych przez izraelskich żołnierzy granic.
Relacjonowanie wydarzeń utrudnia zakaz wjazdu do strefy działań wojennych dla mediów. Tydzień temu dwie libańskie dziennikarki nielegalnie przedarły się przez check‑point IDF w jednej z ciężarówek z wolontariuszami. Gdy izraelski dron je namierzył, wojsko zaatakowało pojazd jadący przed nimi. Przerażone schowały się w jednym z pobliskich domów. Chwilę później i na niego spadły pociski. Amal Chalil zginęła na miejscu, Zejnab Faradż czekała na medyków pod gruzami. – Izrael celowo atakuje dziennikarzy, by ukryć prawdę o swoich działaniach w Libanie” – przekazał w komunikacie prezydent Libanu Joseph Aoun.
Wojsko libańskie, od lat w kryzysie, jest za słabe, żeby stawić opór, a do strefy działań wojennych docierają bojownicy z regionu. Większość moich rozmówców nadzieje pokłada już tylko w Hezbollahu („Partia Boga”). Organizacji tej Libańczycy nie traktują jak ekstremistów.