Krzysztof Wyszkowski: Przecież Wałęsa sam chciał tego śledztwa!

"Super Express": - Lech Wałęsa odmówił przekazania próbek swojego pisma do IPN, który bada dokumenty znalezione w mieszkaniu Kiszczaka. Krzysztof Wyszkowski: - To śmieszne. Myślę, że odmowa próbek pisma jest formą przyznania się do napisania tych donosów. Tak jakby składał pod tym podpis atramentem sympatycznym. Ta sprawa jest jednak jeszcze śmieszniejsza, niż się wydaje.

Krzysztof Wyszkowski
Autor: East News

- Dlaczego?

- Przecież całe to śledztwo IPN, w którym poproszono go o próbki jego pisma, jest prowadzone na jego własną prośbę! To on o nie wystąpił i jest traktowany w nim jako pokrzywdzony! Śledczy, prokuratorzy badają w tym dochodzeniu próbki pisma nie tylko Wałęsy, ale wszystkich osób, które występują w sprawie.

- Czyli kogo?

- Wszystkich, którzy mogliby być takimi fałszerzami. Prokuratorzy zebrali listę takich osób i badają, czy to nie było pisane ręką tych osób na niekorzyść Wałęsy. Bywało też, że niekoniecznie fałszowano, bo niektórzy funkcjonariusze spisywali z nagrań zeznania agentów. Szczególnie gdy agenci byli gadatliwi bądź kiepsko radzili sobie z pisaniem. I teraz osoba poszkodowana odmawia współpracy i pomocy w ujawnieniu swoich potencjalnych krzywdzicieli! To przecież kabaret, ale charakterystyczny dla Wałęsy.

- Ale po co ta odmowa? Przecież Wałęsa zdążył rozsiać przez te dziesiątki lat wiele śladów swojego pisma. IPN sięga teraz do ksiąg kondolencyjnych.

- Nawet nie musi sięgać. Instytut im. prof. Sehna z Krakowa przyznał już, że ma wystarczająco dużo materiału porównawczego. Dla mnie jest to szczególnie przykra sprawa, bo przecież to do mnie przyszedł 3 lipca 1978 roku, mówiąc, że chciałby współpracować z Wolnymi Związkami Zawodowymi. I kłamał od samego początku!

- Ale wciągnął go pan do opozycji.

- Tak, ale uznawało się, że nawet jeżeli mija się z prawdą, to jako prosty człowiek, trochę koloryzuje... To się zdarza, jest do przyjęcia. Przyszedł, opowiada, chce pomagać, to się wierzyło. Nie mieliśmy jako opozycja jakichś "szkoleń kontrwywiadowczych". Te jego opowieści o tym, że kula trafiła go rykoszetem w serce, ale przeszła przez notes i zatrzymała się na obrazku Matki Boskiej, który w nim trzymał... On tam wygadywał takie bzdury... Chciał wysadzać w powietrze posterunki Milicji Obywatelskiej itp. I dopiero po rozmowie przyznał, że jednak trzeba pokojowo. Dziś upada sam pod lawiną wszystkich swoich kłamstw i wymysłów. Było już ich tyle, że sam przestał nad nimi panować.

Zobacz: Leszek Miller: Dawno, dawno, temu

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki