„Super Express”: - Wybór Przemysława Czarnka jako kandydata PiS na premiera to była podobno indywidualna decyzja Jarosława Kaczyńskiego. Wewnątrz PiS nie było jednomyślnej zgody co do tej kandydatury. Czy prezes PiS przejedzie się na swojej decyzji, czy Czarnek nie pokazał jeszcze atutów?
Prof. Andrzej Rychard: - Byłbym ostrożny. Muszę powiedzieć, że Czarnek to nie jest zawodnik wagi muszej — to zawodnik trochę cięższej kategorii. I to, że przyniesie PiS-owi wyłącznie straty, nie jest przesądzone. Kaczyński stał przed wyborem: czy partia ma pójść trochę w stronę centrum, czy bardziej w prawo. Wybrał wyraźnie pójście w prawo i kandydata jednoznacznego. Dla mnie to było pewne zaskoczenie, bo należałem do tych, którzy myśleli, że pojawi się jakaś zupełnie nowa, „wywindowana” twarz.
- A ja nie byłam zaskoczona, bo uważałam, że nie będzie nowej twarzy.
- Udało się to z Dudą, udało się z Nawrockim, więc można by próbować trzeci raz. Ale nie — Kaczyński uznał, że sytuacja jest zbyt niepewna i trzeba postawić na zawodnika formalnie jeszcze młodego, ale silnie rozpoznawalnego i znanego jako twardy, medialnie sprawny polityk. Czyli to niekoniecznie musi przynieść wyłącznie spadki poparcia, bo Czarnek jest właśnie sprawny medialnie i może mobilizować te części potencjalnego elektoratu propisowskiego, które gdzieś odeszły.
- Ale czy on może doprowadzić do mobilizacji nie tylko tych, którzy odeszli np. do Brauna? Bo to nie wystarczy Kaczyńskiemu do wygranej. Ważni są wyborcy wahający się.
- Myślę, że nie. Przemysław Czarnek będzie starał się zabierać wyborców obu Konfederacjom i ludziom bliskim myśleniu prokonfederacyjnemu, którzy jednak nie uczestniczą aktywnie w polityce. Tam będzie szukał i to może się przełożyć na wzrost poparcia dla PiS.
- A czy dobrze wystartował Przemysław Czarnek? Bo zaczęło się od oświadczenia majątkowego (przepisał majątek na żonę), a następnego dnia okazało się, że ma fotowoltaikę na dachu. Poza tym straszy Niemcami i SAFE-em, a okazuje się, że sam ma kredyt w niemieckim banku.
- To zależy dla kogo dobrze. Dla wyborców niepewnych i wahających się — to może być efekt miażdżący. Choć to „miażdżenie” nie jest jeszcze aż tak straszne dla PiS. Natomiast dla twardego elektoratu — cokolwiek powie prezes albo wskazany przez niego kandydat, to tak jest: „Miał fotowoltaikę, ale ją wycofa. Wziął kredyt, bo może nie było innych możliwości.” Tam jest część elektoratu, która — mówiąc kolokwialnie — niekoniecznie łączy kropki. Oni nie muszą widzieć sprzeczności między deklaracjami, a zachowaniem. Dla nich kandydat jest dobry, bo wyłoniony przez Kaczyńskiego.
- A teraz pytanie o drugą stronę — obecną władzę. Czy będzie ona rządzić po 2027 roku? Sondaże pokazują, że Koalicja Obywatelska rośnie, ale jej koalicjanci niekoniecznie. Może się zdarzyć, że Donald Tusk w październiku 2027 r. będzie w sytuacji Kaczyńskiego z 2023 roku: wygrywa wybory, ale nie ma zdolności koalicyjnej.
- Jesteśmy jeszcze daleko przed wyborami, więc wiele może się zmienić. Trend dla Koalicji Obywatelskiej jest rosnący i ważne, by się utrzymał — to może pociągnąć koalicjantów. To będzie kwestia badań: ile powstanie list? Nie wierzę w jedną listę po stronie rządowej. Możliwa jest lista lewicowa — jedna lub dwie — oraz druga lista z elementami PSL i Trzeciej Drogi. To byłoby dobre, ale PSL bardzo wierzy w swoją tożsamość.
- Tym bardziej, że program SAFE miał trochę wynieść Władysława Kosiniaka-Kamysza.
- On ma dobrą pozycję, ale to nie przekłada się jeszcze w pełni na PSL.
- Ostatnia kwestia: czy sprawa Polexitu jest, pana zdaniem, wyimaginowanym problemem — jak twierdzi prawica — czy nie?
- Nie, to nie jest wyimaginowany problem. Dobrym testem będzie propozycja, która pojawia się po stronie lewicowej: referendum w tej sprawie. Chodzi o to, by wyjście z Unii nie mogło zostać przegłosowane zwykłą większością parlamentarną. Jeśli Karol Nawrocki nie podpisze ustawy o referendum, to będzie sygnał w kampanii: „Zobaczcie, oni chcą wyjścia z Unii, bo liczą, że jeśli wygrają wybory, przegłosują to niewielką większością”. A wiemy, że mimo spadku poparcia dla Unii, przewaga zwolenników pozostaje ogromna.
Rozmawiała: Kamila Biedrzycka