Jedno zdanie szefa MON wystarczyło, by w relacjach Warszawy i Kijowa znów zrobiło się bardzo gorąco. Władysław Kosiniak-Kamysz stwierdził, że „z Banderą do Unii Europejskiej Ukraina nie wejdzie”. W ukraińskich mediach te słowa zostały odczytane jako jasny sygnał: Polska może twardo stawiać kwestie historyczne przy dalszych rozmowach o członkostwie Ukrainy w UE.
To nie jest zwykła wymiana politycznych złośliwości. Ukraina traktuje wejście do Unii jako jeden z najważniejszych celów strategicznych. Polska od początku rosyjskiej agresji była jednym z kluczowych państw wspierających Kijów. Ale wsparcie militarne i polityczne nie oznacza, że Warszawa przestanie mówić o Wołyniu, UPA i kulcie Stepana Bandery.
Polska ma głos w sprawie Ukrainy
Proces wejścia do Unii Europejskiej jest długi i politycznie skomplikowany. Nie wystarczy sama deklaracja Kijowa, że chce być częścią Wspólnoty. Potrzebne są reformy, negocjacje i zgoda państw członkowskich.
Komisja Europejska wyjaśnia, że droga do UE obejmuje status kandydata, formalne negocjacje oraz dostosowanie prawa i instytucji do unijnych wymogów. To nie jest jedna decyzja, ale wiele kolejnych etapów.
W czerwcu Ukraina otworzyła pierwszy klaster negocjacyjny z Unią Europejską. Chodzi o tzw. fundamenty, czyli praworządność, prawa podstawowe, funkcjonowanie instytucji demokratycznych, reformę administracji publicznej i kryteria gospodarcze. Rada UE określiła to jako ważny krok w procesie akcesyjnym.
Właśnie dlatego słowa Kosiniaka-Kamysza mają ciężar polityczny. Polska nie jest obserwatorem tego procesu. Jest państwem członkowskim Unii i sąsiadem Ukrainy. Ma własną pamięć historyczną, własne interesy i własną opinię publiczną.
Bandera i UPA. Temat, który w Polsce nie znika
Dla wielu Ukraińców UPA i postacie takie jak Stepan Bandera są elementem opowieści o walce o niepodległość i oporze przeciw Moskwie. Dla Polaków to jednak przede wszystkim bardzo bolesne skojarzenie z rzezią wołyńską i mordami na polskiej ludności cywilnej.
Dlatego każda decyzja Kijowa dotycząca honorowania UPA wywołuje w Polsce tak silną reakcję. Dla ukraińskich władz może to być element własnej polityki pamięci. Dla Warszawy to sygnał, że nierozliczona historia wraca w najgorszym możliwym momencie.
Obecny spór zaostrzyła decyzja o nadaniu jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia nawiązującego do UPA. To właśnie ta sprawa wywołała napięcia w Polsce i mocne reakcje polityków.
Zełenski łagodzi ton, ale problem zostaje
Wołodymyr Zełenski próbował później mówić o Polsce w bardziej pojednawczy sposób. Podczas konferencji w Dublinie podkreślał, że oba kraje mają trudną historię, ale dziś muszą patrzeć na bezpieczeństwo i wspólnego agresora.
— Jeśli są pytania, znajdą się na nie odpowiedzi. Ukraina jest na to gotowa. Jesteśmy silnymi sąsiadami i dobrymi przyjaciółmi — powiedział prezydent Ukrainy.
To ważna zmiana tonu, bo wcześniej Zełenski mówił znacznie ostrzej. Podkreślał, że Ukrainie „nikt i nigdy nie będzie nakazywał, jak żyć, jak mówić, kogo kochać, komu być wdzięcznym i jakich bohaterów szanować”.
Problem polega na tym, że sama zmiana tonu nie rozwiązuje sporu. Polska będzie oczekiwała konkretnych działań: rozmów o pamięci, ekshumacjach, języku oficjalnych upamiętnień i tym, jak Ukraina mówi o formacjach odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach.
Ten spór może wracać latami
Najważniejsze jest to, że akcesja Ukrainy do UE nie wydarzy się z dnia na dzień. To proces rozłożony na lata. A skoro będzie wiele etapów, wiele raportów i wiele decyzji politycznych, temat historii może wracać regularnie.
Może wracać przy kolejnych klastrach negocjacyjnych. Może wracać przy debatach o praworządności, edukacji, ochronie mniejszości, relacjach dobrosąsiedzkich i polityce pamięci. Może też wracać w polskiej kampanii wyborczej, bo sprawy Wołynia i Bandery są w Polsce bardzo emocjonalne.
Dla Ukrainy to poważny problem. Kijów może przekonywać, że dziś najważniejsza jest wojna z Rosją i bezpieczeństwo Europy. Ale Polska może odpowiadać, że prawdziwe pojednanie nie polega na omijaniu najtrudniejszych tematów.
Między solidarnością a warunkami
Polska nadal może być jednym z najważniejszych sojuszników Ukrainy. Może wspierać Kijów w walce z Rosją, pomagać militarnie, dyplomatycznie i gospodarczo. Ale jednocześnie może stawiać warunki dotyczące pamięci historycznej.
I właśnie tu zaczyna się najtrudniejsza część tej relacji. Bo z jednej strony jest wojna, rosyjska agresja i bezpieczeństwo całego regionu. Z drugiej — pamięć o polskich ofiarach, której nie da się odłożyć na bok tylko dlatego, że jest politycznie niewygodna.
Słowa Kosiniaka-Kamysza pokazały, że ten spór nie zniknie. Może przycichnąć na kilka dni, może zostać przykryty innymi tematami, ale będzie wracał przy każdej kolejnej decyzji dotyczącej Ukrainy i Unii Europejskiej.
Dla Kijowa to jasny sygnał. Jeśli Ukraina naprawdę chce wejść do UE, będzie musiała rozmawiać nie tylko o reformach, gospodarce i bezpieczeństwie. Będzie musiała także odpowiedzieć na pytania, które w Polsce od lat pozostają bez wystarczającej odpowiedzi.