Bo jak tu drżeć przed ludźmi, którzy nie potrafią nawet zapanować nad rozentuzjazmowanym tłumem? Jak chcą prowadzić ich na barykady i obalać porządek demokratyczny? Jak chcą odsunąć polityczny establishment, skoro takie problemy mają z karnością swoich zwolenników? Rozbisurmanieni bojówkarze swoimi ekscesami na ulicach Warszawy niszczą cały misterny plan narodowców, by ukazać się społeczeństwu jako pochyleni nad losem kraju patrioci.
Przez cały rok snują plany i strategie, a czar pryska 11 listopada, kiedy każdy może zobaczyć, kogo wymuskani przywódcy Ruchu Narodowego ciągną za sobą: bandę zadymiarzy w kominiarkach, którzy ogniem, racą i pięściami próbują wprowadzać w życie swoją paranoiczną wizję świata, w której nie mieszczą się innowiercy i „innomyślący”. Wizję, która musi się karmić nienawiścią i stałym poszukiwaniem wroga.
To wszystko liderzy Ruchu Narodowego starają się ukryć. Jednak w swoim dyletanctwie nie potrafią nawet utrzymać pozorów, żeby trochę ludziom zamydlić oczy i wyrwać się z politycznego niebytu. Bez nich można co najwyżej przyciągnąć do Ruchu paru smutnych skinów, którzy szukają zadymy i poczucia wspólnoty celu. To jednak słabo łechce wybujałe ego niespełnionych wodzów narodowców, bo ci potrzebują za sobą całych legionów. A ile mają za sobą dywizji? Całe szczęście, za mało, żeby ktokolwiek traktował ich inaczej niż.