- Umowa UE–Mercosur tworzy największą strefę wolnego handlu na świecie, obejmującą ponad 700 mln ludzi.
- Wrażliwe sektory rolne zostały objęte limitami, hamulcem bezpieczeństwa i rekordowym pakietem zabezpieczeń.
- Komisja Europejska zapowiada zwiększenie kontroli jakości żywności z krajów Mercosur, by rozwiać obawy konsumentów i rolników.
„Super Express”: - W ubiegłą sobotę Ursula von der Leyen w imieniu Unii Europejskiej podpisała umowę w krajami Mercosur. Budzi ona w Polsce ogromne emocje, ale zanim o konkretach, ustalmy, czy już od kilku dni jesteśmy zalewani tanią żywnością z Ameryki Południowej?
Katarzyna Smyk: - Przede wszystkim musimy zdać sobie sprawę ze skali tego porozumienia. Powstaje największa na świecie strefa wolnego handlu obejmująca ponad 700 milionów ludzi, 31 państw i prawie 20 proc. światowego PKB. Umowa to niezwykle złożony dokument, dlatego jego ratyfikacja i wejście w życie nie dzieje się z dnia na dzień. Natomiast obawy o zalew tanią żywnością z Ameryki Południowej są nieuzasadnione.
- W takim razie co dalej?
- Mamy do czynienia z wieloetapową, demokratyczną procedurą określoną w traktatach. Kluczowym krokiem było przyjęcie umowy przez państwa członkowskie w Radzie, co upoważniło Komisję Europejską do jej podpisania. Teraz wymagana jest zgoda Parlamentu Europejskiego. Co istotne, umowa składa się z dwóch części: handlowej, w której Unia ma wyłączne kompetencje, oraz politycznej, dotyczącej współpracy. Ta druga część wymaga ratyfikacji we wszystkich państwach członkowskich, co - ze względu na odrębne procedury krajowe będzie procesem rozłożonym w czasie. Istnieje możliwość tymczasowego stosowania części handlowej, jednak decyzja w tej sprawie jeszcze nie zapadła.
- Tymczasem przeciwnicy umowy biją na alarm. Padają hasła o „końcu Polski” i rychłym upadku rodzimego rolnictwa. Niektórzy twierdzą wręcz, że to dowód na to, iż Unia narzuca nam szkodliwe rozwiązania. To uzasadnione lęki?
- Te głosy przypominają mi czas sprzed naszej akcesji do Unii Europejskiej. Wówczas również wieszczono upadek polskiego rolnictwa, a rzeczywistość okazała się zupełnie inna. W ciągu ponad 21 lat obecności w UE polskie rolnictwo przeszło gigantyczną transformację i stało się niezwykle konkurencyjne. Eksport produktów rolnych wzrósł dziesięciokrotnie, a Polska wypracowała znaczące nadwyżki handlowe.
- To znaczy, że wbrew obawom, umowa Mercosur skazuje polskie rolnictwo na kolejny sukces?
- Umowa otwiera przed Polską i Europą zupełnie nowe możliwości i to w wielu obszarach. Jej sednem jest stworzenie bezprecedensowej strefy wolnego handlu, w której zniesione zostaną cła na 91 proc. produktów. Warto zauważyć, że obecnie niektóre stawki sięgają nawet 35 proc., więc obniżenie ich oznacza ogromne szanse na tańszy i łatwiejszy eksport, tworzenie nowych miejsc pracy i poprawę konkurencyjności naszej gospodarki. Jednocześnie wrażliwe sektory rolne zostały dobrze zabezpieczone.
- Ale czy to nie jest umowa, na której zyskają tylko rolnicy z krajów Mercosur? Rolnicy boją się, że to nie my będziemy eksportować, ale żywność z Ameryki Południowej wypchnie nas z rynku.
- Umowa jest dobrze zrównoważona i stwarza nowe możliwości dla naszych rolników. Szacujemy, że eksport unijnych produktów rolno-spożywczych do krajów Mercosur może się zwiększyć nawet o 50%. Wiele branż w ramach polskiego sektora rolno-spożywczego na tym skorzysta. Mówimy tu o obniżeniu ceł na produkty, w których Polska ma przewagi konkurencyjne, jak sektor mleczarski, słodycze czy wyroby spirytusowe. Dodatkową korzyścią jest import półproduktów, takich jak soja wykorzystywana u nas jako surowiec do produkcji paszy dla zwierząt – dzięki umowie będziemy mogli kupować ją taniej. Natomiast w przypadku wrażliwych kategorii produktów wprowadziliśmy rygorystyczne ograniczenia, by nie narażać europejskich, w tym polskich rolników na ryzyko. Komisja Europejska stoi po stronie rolników, a zaproponowane mechanizmy ochrony są bezprecedensowe.
Kowal: Nie wyobrażam sobie Polaka, który będzie siedział przy Putinie w Radzie Pokoju
- Jakie konkretnie bezpieczniki zostały zamontowane w tej umowie?
- Zastosowaliśmy wielopoziomowy system zabezpieczeń. Ścisłe limity ilościowe oznaczają, że handel produktami wrażliwymi został ograniczony bardzo niewielkimi kontyngentami, co daje nam pełną kontrolę nad importem. Mówimy o uwolnieniu zaledwie 1,5 proc. rynku wołowiny, 1 proc. rynku wieprzowiny oraz 1,3 proc. rynku drobiu. Ale to nie wszystko. Wprowadziliśmy też hamulec bezpieczeństwa. To prawnie wiążący mechanizm, który zobowiązuje Komisję do reakcji w zaledwie 21 dni, jeśli producenci zgłoszą stratę, a import wzrośnie o 10 proc. lub ceny zmniejszą się o 10 proc. To również bezprecedensowe rozwiązanie, bo wcześniej takie procedury trwały znacznie dłużej. Wreszcie zabezpieczyliśmy 6,3 mld euro na rekompensaty dla rolników, choć zaistnienie negatywnego wpływu umowy na rynki rolne UE uważamy za mało prawdopodobne. Zagwarantowanie tych środków ma jednak dać rolnikom poczucie bezpieczeństwa. Chcę podkreślić w tym miejscu jedną niezwykle ważną rzecz.
- Proszę.
- Wiele z tych rozwiązań wprowadziliśmy już po zakończeniu negocjacji umowy, wsłuchując się w głosy polskich i europejskich rolników, konsumentów oraz posłów do Parlamentu Europejskiego. Nigdy wcześniej żadna unijna umowa handlowa nie zawierała takiego zestawu zabezpieczeń.
- A co z jakością? Jest przekonanie, że w krajach Mercosur standardy produkcji żywności są znacznie niższe, a tamtejsza żywność jest tania, bo produkowana jest bez takich rygorów jak w Europie. Czy nie grozi nam np. zalew produktów naszpikowanych pestycydami?
- W tej sprawie jest dużo nieporozumień, dlatego chce podkreślić: umowa nie zmienia standardów ochrony żywności w UE. Każdy produkt wjeżdżający do Europy, niezależnie od stawki celnej, musi być zgodny z naszymi wymogami. Już dziś wartość wymiany towarami z Mercosurem to dla Polski 4 mld euro, a dla całej Europy ponad 57 mld. Produkty z Mercosuru już u nas są i podlegają rygorystycznej kontroli. Jeśli w krajach Mercosur dopuszczone są pestycydy zakazane w Europie, to eksporter musi zagwarantować, że w produktach wysyłanych do nas ich nie ma. My to skrupulatnie sprawdzamy. Co więcej, Komisja zobowiązała się do zwiększenia liczby kontroli w krajach poza UE o 50 proc. i punktach kontroli granicznej UE o 33 proc., aby wyjść naprzeciw obawom o bezpieczeństwo żywnościowe. Nie będzie tu taryfy ulgowej.
- Przejdźmy do przemysłu. Pojawia się zarzut, że to umowa skrojona pod Niemcy i ich sektor motoryzacyjny, a Polska jedynie na tym straci. Czy to faktycznie „proniemiecki” dokument?
- To ogromne uproszczenie, które nie bierze pod uwagę realiów nowoczesnej gospodarki. Rozwój Polski stoi eksportem – w ciągu 21 lat w Unii polski eksport wzrósł sześciokrotnie. Już teraz wysyłamy do krajów Mercosur towary za 4 mld euro rocznie, a szacujemy, że dzięki obniżeniu ceł eksport ten może wzrosnąć o 39 proc. w skali całej Unii.
- Jakie jest tu miejsce Polski?
- Polska jest kluczowym ogniwem skomplikowanych łańcuchów dostaw. Produkuje podzespoły nie tylko dla Niemiec, ale też dla Francji, Włoch czy Hiszpanii, więc korzyści, które zyskuję te kraje, przekładają się bezpośrednio na polskie firmy. Ale eksportujemy też bezpośrednio. Najważniejszą kategorią są maszyny i urządzenia, gdzie cło wynosi obecnie do 20 proc. W przypadku sprzętu transportowego, także ważne z punktu widzenia Polski, stawka obniży się z obecnych 35 proc. Zniesione zostaną cła na chemikalia i farmaceutyki, które wynoszą obecnie 18 proc. Warto też dodać, że w umowie zawarto specjalny rozdział poświęcony małym i średnim przedsiębiorstwom (MŚP). Chcemy, aby to nie była umowa tylko dla korporacji. MŚP otrzymają wsparcie doradcze, dostęp do zamówień publicznych i pomoc w redukcji barier, które dla mniejszych podmiotów są często nie do przejścia ze względu na skalę.
- W tle tych rozmów handlowych pojawia się geopolityka. Czy otwarcie na Mercosur to nasza europejska odpowiedź na politykę celną Donalda Trumpa, uderzającą w europejski eksport do USA?
- Świat coraz bardziej skręca w stronę protekcjonizmu i geopolitycznych napięć. My natomiast wysyłamy jasny sygnał: stawiamy na współpracę, stabilność i przewidywalność. Umowa z Mercosurem to element gry o naszą przyszłość. I nie chodzi tu tylko o USA, ale przede wszystkim o Chiny. Obie te potęgi prowadzą politykę, która destabilizuje handel światowy. W interesie Europy jest dywersyfikacja, abyśmy byli odporniejsi na wstrząsy. Kraje Mercosur myślą podobnie. Nie przez przypadek negocjacje nad umową trwały 25 lat, ale dopiero teraz pojawiła się wola polityczna do ich sfinalizowania. Chiny bardzo intensywnie eksportują do państw Mercosur i de facto wyparły Europę z pozycji głównego partnera handlowego na drugie miejsce. Musimy to nadrobić. Mercosur postrzega Unię jako stabilnego, przewidywalnego partnera, który przestrzega umów i wspólnych wartości demokratycznych, a tacy partnerzy są dziś w deficycie.
- Czy ta umowa ma też wymiar surowcowy?
- Absolutnie tak. To kluczowy element naszej strategii bezpieczeństwa. Obecnie UE jest w znacznym stopniu uzależniona od Chin, jeśli chodzi o dostęp do pierwiastków ziem rzadkich, w niektórych nawet w 90 proc. Wyciągamy bolesne wnioski z uzależnienia energetycznego od Rosji i nie możemy powtórzyć tego błędu w przypadku surowców krytycznych. Natomiast Ameryka Łacińska znaczącymi złożami litu, niklu czy rud żelaza. Dostęp do tych pierwiastków to warunek rozwoju technologii, innowacji, transformacji energetycznej i cyfrowej. Bez zdywersyfikowanych źródeł jesteśmy bezradni i narażeni na szoki. W tym sensie umowa z Mercosurem jest strategicznym imperatywem.
- Nie obawia się pani, że takie rozgaszczanie się Europy na zachodniej półkuli postawi nas na kursie kolizyjnym z administracją Trumpa, która uważa te tereny za swoją wyłączną strefę wpływów?
- Unia Europejska jest organizacją suwerenną gospodarczo i politycznie, a umowa z Mercosur była negocjowana przez ostatnie 25 lat zgodnie z mandatem udzielonym przez państwa członkowskie. Sfinalizowanie rozmów dzisiaj to sygnał, że handel globalny może opierać się na zaufaniu i wspólnych interesach, a nie na podziałach. Stany Zjednoczone są naszym kluczowym sojusznikiem, odpowiadają za 17 proc. naszego handlu. Pozostałe 83 proc. to reszta świata i musimy dbać o to, by nie być wrażliwymi na globalne zmiany. Silna gospodarczo Europa to także lepszy i silniejszy partner dla samych Stanów Zjednoczonych w kwestiach bezpieczeństwa.
- Mówiąc o bezpieczeństwie – Donald Trump w swojej strategii bezpieczeństwa narodowego zdaje się postrzegać Unię Europejską niemal jak wroga, który jako blok państw europejskich jest realną konkurencją dla USA w wielobiegunowym świecie. Tak należy na to patrzeć?
- Skupiamy się na tym, co nas łączy, jak chociażby współpraca na rzecz trwałego i sprawiedliwego pokoju w Ukrainie, który jest naszym wspólnym interesem strategicznym. Istnieją jednak obszary, jak nasze wewnętrzne regulacje i wartości, które nie podlegają negocjacjom z partnerami trzecimi, nawet sojusznikami. Przykładem jest ochrona praw konsumentów wobec wielkich platform cyfrowych. To jest nasza odpowiedzialność wobec obywateli i będziemy się z niej wywiązywać zgodnie z obowiązującym prawem.
- Czy ta presja ze strony USA paradoksalnie nie jest dowodem na siłę Unii? Amerykanie zdają się obawiać właśnie zjednoczonej Europy, bo z pojedynczymi państwami łatwiej im narzucać swoją wolę.
- Dziś coraz bardziej widać, że tylko działając razem możemy skutecznie wpływać na globalne procesy. Naszym największym atutem jest jedność i rynek liczący 460 mln ludzi – obywateli i konsumentów. Historia pokazuje, że jedność była naszą siłą w każdym kryzysie: migracyjnym, podczas pandemii czy przy Brexicie. Kolejnym przykładem jest wojna w Ukrainie i praca nad kolejnymi pakietami sankcji, które wymagają jednomyślności. To ciężka praca, ale skuteczna – gospodarka rosyjska się chwieje właśnie dlatego, że działamy razem. W coraz bardziej niestabilnym świecie jedyną sensowną odpowiedzią jest zacieśnianie współpracy. Alternatywą jest tylko fragmentacja i słabość.
Rozmawiał Tomasz Walczak