Ta zaskakująca szczerość Marka Migalskiego jest - mam nadzieję - tylko nieudolną próbą tłumaczenia skrajnego lekceważenia własnych obowiązków. Przyjmijmy jednak, że jest to wypowiedź prawdziwa.
>>> Sławomir Jastrzębowski - wszystkie felietony
Marek Migalski jest naukowcem i nie jest leniwy ponad normę. Z tego można wysnuć wniosek, że zdecydowana większość europosłów - podobnie jak Migalski - nie wie, za czym głosuje. A być może zdecydowana większość naszych posłów także nie wie, za czym głosuje.
Myślę, że to niestety prawda, bo przed głosowaniem trzeba akt prawny przeczytać, przeanalizować, zastanowić się nad aktualnym stanem prawnym i nad konsekwencjami. Oczywiście zatrudnianie europosłów, którzy nie wiedzą, co robią, jest bezsensowne.
Zamiast europosłów trzeba posadzić małpy
Trzeba na ich miejscach posadzić małpy i zamiast 100 tysięcy złotych miesięcznie dawać im banany, wynik - po odpowiedniej tresurze - będzie taki sam, a oszczędności ogromne. Problem leży jednak gdzie indziej. Parlament Europejski to niewiele znacząca, bardzo droga przykrywka dla tej wąskiej grupy, która naprawdę rządzi. Wprowadza mnóstwo celowo źle napisanego prawa, żeby w tym gąszczu tylko ona mogła się dobrze orientować.
Migalski sam powiedział nam, że jako europoseł jest niepotrzebny. Szczerość godna podziwu, ale nie powtórnego wyboru. Nie chcę mieć lekarzy, którzy nadmiarem pracy tłumaczą, że nie wiedzą, czy amputują nogę, czy operują serce. Nie chcę mieć posłów, którzy nie są w stanie wypełniać swoich obowiązków. Czy Parlament Europejski trzeba więc rozgonić na cztery wiatry?