- Jeśli chodzi o obrażenia, proszę, żebyśmy uszanowali prywatność pani premier – tak zazwyczaj odpowiadano dziennikarzom, gdy po wypadku ówczesnej premier dopytywali o jej stan. „Super Expressowi” udało się wówczas nieoficjalnie dowiedzieć, że Szydło doznała urazu mostka i żeber. A teraz dziennikarze „Rzeczpospolitej” dotarli do szczegółów! Zawarto je... we wniosku prokuratury o warunkowe umorzenie postępowania wobec Sebastiana K., młodego kierowcy, który zdaniem śledczych wypadek spowodował.
I tak dowiadujemy się, że była szefowa rządu faktycznie miała złamany mostek, połamanych kilka żeber. Do tego miała zranioną opłucną, stłuczenia serca i miąższu płucnego, a także „otarcia naskórka klatki piersiowej, podbiegnięcia krwawych powłok podbrzusza i podudzia lewego”. Szef jej ochrony, Piotr G. miał z kolei m.in. wieloodłamowe złamanie trzonu kości z przemieszczeniem. Trzeba więc przyznać, że opis urazów brzmi co najmniej przerażająco! A kolizja naprawdę mogła skończyć się poważnie.
- Pod wpływem uderzenia czy mocnego nacisku podczas wypadku mogą pękać naczynia krwionośne, mogą się pojawić krwiaki czy uszkodzenie nerwów. Mogą też wystąpić zmiażdżenia lub złamania. Jakiekolwiek obrażenia klatki piersiowej są niebezpieczne i nie wolno ich bagatelizować
– mówił „Super Expressowi” lekarz chorób wewnętrznych dr Leszek Marek Krześniak.
Do wypadku z udziałem Beaty Szydło doszło 10 lutego 2017 roku.