- Dr Rafałowski ocenia, że Morawiecki liczy swoje wpływy w partii i nie wyklucza scenariusza wyjścia, jeśli nie poprawi swojej pozycji.
- Socjolog podkreśla, że teoria o kontrolowanym konflikcie w PiS nie ma podstaw, bo napięcia są autentyczne.
- Według eksperta, podział prawicy mógłby otworzyć drogę do nowych układów politycznych.
„Super Express”: – Czy konflikty wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości, zwłaszcza między „maślarzami” i „harcerzami”, są konfliktami typowymi dla frakcji, czy też są to przesłanki, że temu ugrupowaniu grozi rozpad?
Prof. Wojciech Rafałowski: – Frakcyjność i konflikty wewnątrz partii są zjawiskiem naturalnym. Frakcyjność może być siłą partii politycznej, ponieważ dzięki temu ona łączy różne środowiska. Zresztą w klasycznych podręcznikach nauk politycznych jest napisane, że funkcją polityki jest agregowanie różnych interesów. W związku z czym, te różne interesy są reprezentowane przez frakcje i to jest absolutnie naturalna rzecz. Należy zaznaczyć, że frakcje muszą ze sobą współpracować, ale jednocześnie konkurują ze sobą dla dobra partii. Co znaczy, że one nie powinny ujawniać konfliktów. W Prawie i Sprawiedliwości funkcjonują różne frakcje. Kiedyś było np. środowisko Mateusza Morawieckiego i środowisko Beaty Szydło itd. Kiedy one ze sobą funkcjonowały i nie dogryzały sobie nawzajem, tylko reprezentowały różne oblicza partii politycznej, skoncentrowane na różnych tematach, to było to bardzo funkcjonalne. Natomiast w sytuacji, w której one zaczynają ze sobą dosyć agresywnie konkurować i krytykować się nawzajem, i co więcej, tworzą alternatywne struktury organizacyjne bez uzgodnienia tego ze sobą, sprawa staje się skomplikowana. Szczególnie, że dzieje się to przy oporze, czy sprzeciwie kierownictwa partii. W PiS środowisko „maślarzy” zostało wyraźnie wzmocnione na długo przed wyborami parlamentarnymi poprzez wskazanie Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera. Z kolei środowisko związane z Mateuszem Morawieckim znalazło się na drugim planie. Wcześniej były premier był chwalony i broniony przez PiS, więc nic dziwnego, że poczuł się odsunięty na drugi plan. Obecnie próbuje swoją pozycję odzyskać. Pytanie, na ile to odzyskiwanie może być zagrożeniem dla partii, ponieważ jeżeli tworzy się dodatkowe struktury organizacyjne, to mogą one posłużyć do wybicia się na niepodległość.
– Podczas 7‑godzinnego, wieczornego, poniedziałkowego spotkania, prezes Jarosław Kaczyński miał zawrzeć kompromis z Mateuszem Morawieckim. Czy uważa pan, że to porozumienie będzie trwałe?
– Nie znam treści tego porozumienia i prawdopodobnie nie poznamy wszystkich ustaleń, ponieważ takie rozmowy między politykami są poufne. Ale jak uczy nas oglądanie serialu „House of Cards”, ważne jest to, co politycy mówią do siebie, jak i to, czego nie mówią, czyli to, co jest na zapleczu polityki. Być może mamy do czynienia z jakimś tymczasowym porozumieniem, które wstrzymuje bieżące walki. Natomiast to nie znaczy, że strukturalne interesy poszczególnych aktorów uległy zmianie. Być może aktorzy uzgodnili chwilowe zawieszenie broni, ale... nie wiemy, co mogłoby rozwiązać cały problem. Może obiecano Mateuszowi Morawieckiemu jakąś ważną rolę w procesie pozyskiwania wyborców w prekampanii wyborczej, ale nie wiemy. Nie wiemy zatem, czy ustalenia zaspokajają ambicje polityczne byłego premiera, który może być ośmielony tym, że aż tak wielu polityków Prawa i Sprawiedliwości dołączyło do jego stowarzyszenia.
Jarosław Kaczyński ma pomysł na koalicję dla PiS. Dobry pomysł?
– Prawie 50 osób miało dołączyć.
– Założenie stowarzyszenia było formą policzenia szabel, policzenia siły w ramach partii. Ta siła jest znacząca, więc myślę, że ambicje Mateusza Morawieckiego pozostaną. Wcale nie jest tak, że tymczasowe porozumienie może długoterminowo likwidować problemy.
– Niektórzy politycy koalicji rządowej, ale też niektóre media, spekulują, że cały konflikt wokół stowarzyszenia „Rozwój Plus” był sztucznie wygenerowany przez Jarosława Kaczyńskiego. Czy ta teoria ma jakieś realne podstawy?
– Jest to myślenie trochę spiskowe i makiaweliczne. Oczywiście wyobrażam sobie, że ta narracja wygląda w podejrzany sposób. Wyznaczono bowiem Przemysława Czarnka, żeby odzyskiwał radykalny elektorat, który uciekł do Konfederacji Grzegorza Brauna i do Konfederacji Sławomira Mentzena. I pojawiła się wyraźna frakcja Morawieckiego, żeby pokazać, że dla centrystów również jest miejsce w Prawie i Sprawiedliwości. Czyli wydawać się to może strategicznie dobrym pomysłem. Zobaczymy za miesiąc czy za dwa, czy taka sytuacja poprawiła wyniki sondażowe PiS. Natomiast proszę zauważyć, że prezes nie powiedział: „chcemy iść szeroko, chcemy godzić różne środowiska i mamy w sobie różnorodność, i w związku z czym tutaj jest Przemysław Czarnek, ale teraz jest też Mateusz Morawiecki”. To wszystko dzieje się w atmosferze konfliktu i niedopowiedzeń, więc to nie kreuje wizerunku partii jako różnorodnej i otwartej na różne środowiska, tylko partii wewnętrznie skonfliktowanej. Czyli teoria o wyreżyserowaniu konfliktu nie ma raczej podstawy w rzeczywistości.
– Czy po zawarciu porozumienia przez prezesa PiS i Mateusza Morawieckiego, były premier będzie teraz jeździł razem z Przemysławem Czarnkiem po Polsce i wspierał go jako kandydata na premiera?
– Nie spodziewam się tego. Jeżeli tak będzie, to by znaczyło, że rzeczywiście zostało zawarte jakieś porozumienie i frakcje zostały zrównoważone, ale nie jestem pewien, czy Mateusz Morawiecki zgodziłby się zostać przybudówką i „supportem”, jak to się mówi w języku tras koncertowych, dla swojego byłego ministra edukacji i nauki. Nie wyobrażam sobie, żeby Mateusz Morawiecki pogodził się z rolą pomocnika Przemysława Czarnka, podczas gdy ich dynamika była zupełnie odwrotna.
– A co pan sobie w takim razie wyobraża? Jakie są możliwe scenariusze?
– Myślę, że teraz nastąpi próba wyciszenia konfliktu, ponieważ na poziomie wizerunkowym jest on trudny dla środowiska Prawa i Sprawiedliwości. Natomiast będzie trwało dalsze liczenie szabel i kalkulowanie, na ile potencjał szantażu politycznego ze strony Mateusza Morawieckiego przełoży się na poprawę jego sytuacji w ramach Prawa i Sprawiedliwości. Jeżeli ta sytuacja się realnie poprawi, to wtedy to środowisko pozostanie wewnątrz ugrupowania i odniesie sukces. Natomiast jeżeli w terminie najbliższych kilku tygodni czy miesięcy nie będzie tej poprawy, no to będziemy mieli do czynienia z opcją wyjścia, ponieważ Mateusz Morawiecki jest na tyle silny, że może mieć kilkanaście procent poparcia. Wskazują na to badania sondażowe. To oczywiście bardzo skomplikowałoby sytuację koalicyjną na prawicy. No bo tworzenie koalicji z czterech partii byłoby koszmarnym zjawiskiem. Wrócilibyśmy do lat 90., gdy były rządy pięcio‑, siedmiopartyjne i atrakcyjną alternatywą z punktu widzenia dążenia do władzy byłaby koalicja KO – Konfederacja.
Brat cioteczny prezesa PiS przestrzega zwaśnionych polityków: Jeśli nie posłuchają Jarka, przegrają!
– Czy stowarzyszenie Rozwój Plus może być dobrym przyczółkiem do stworzenia nowej partii?
– Może być, jak najbardziej. To znaczy ugrupowania polityczne często powstawały jako stowarzyszenia właśnie po to, żeby na pierwszym stopniu nie drażnić jakichś innych aktorów czy na przykład odżegnywać się od partyjności. Przecież Platforma Obywatelska była stowarzyszeniem, a nie partią polityczną. Przez to nie pobierała pieniędzy z budżetu państwa i startowała jako komitet wyborczy wyborców, a nie komitet wyborczy partii politycznej. To się jak najbardziej zdarza. Kukiz’15 też nie było partią i startowało jako komitet wyborczy. Tak samo stowarzyszenie Mateusza Morawieckiego może brać udział w wyborach, nawet nie będąc partią polityczną, ale sądzę, że wystartowanie partii będzie opłacalne ze względu na dotację budżetową.
– W Sejmie ma odbyć się głosowanie nad wotum nieufności dla minister klimatu Pauliny Hennig‑Kloski. Czy cała koalicja rządowa ją poprze, czy ktoś się wyłamie i dojdzie do odwołania ministry?
– Jeżeli politycy koalicji myślą racjonalnie o funkcjonowaniu i przetrwaniu tego rządu, to powinni zagłosować za ochroną pani minister Hennig‑Kloski. Nie mają bowiem alternatywy. To znaczy musieliby ewentualnie zakulisowo uzgodnić wymianę tej ministry na kogoś innego, ale to musi się odbyć wewnątrz koalicji na zasadzie „bronimy jej teraz, a wymieniamy ją później”. To może być jakiś kompromis. Wydaje się, że racjonalne będzie ugranie czegoś ze strony Polski 2050, chociaż utrzymanie minister Hennig‑Kloski też jest zasadne, bo bez jej klubu Centrum nie ma koalicji.
– Premier Tusk powiedział po spotkaniu z minister funduszy i polityki regionalnej, Katarzyną Pełczyńską‑Nałęcz, że oczekuje dowodów lojalności, czyli zagłosowania za minister Hennig‑Kloską. Z kolei Pełczyńska‑Nałęcz stwierdziła, że ona oczekuje od koalicjantów szacunku. Ma ona wciąż szanse na stanowisko wicepremiera?
– Oczekiwania sformułowane przez premiera są bardzo konkretne, natomiast oczekiwania minister Pełczyńskiej‑Nałęcz są bardzo ogólnikowe. Szacunek różnie może być wyrażony. Wydaje mi się, że w tej relacji to jednak premier wyjdzie na swoje. Konkretne żądania ze strony ministry nie zostały wypowiedziane. No bo gdyby padło żądanie stanowiska wicepremiera, byłby to otwarty postulat. Sądzę, że negocjacje toczą się na zapleczu i nie znamy ich przebiegu, tak jak nie znamy ustaleń Kaczyńskiego z Morawieckim.
– Jakich wydarzeń spodziewa się pan w polskiej polityce?
– Polityczne życie jest nieustająco interesujące. Niecałe półtora roku przed wyborami wydaje się, że jest to dobry moment na jakieś poważniejsze przetasowania. Bardziej prawdopodobne są one po prawej stronie sceny politycznej niż po stronie koalicyjnej, bo koalicja jeszcze z rok musi potrwać. Potem będziemy mieli raczej przedwyborcze rozpady i rozkłady oraz roszady, ale na razie jest na to za wcześnie.
Rozmawiał: Adam Brzozowski