- NATO szykuje bezprecedensowy skok zbrojeniowy, z sekretarzem generalnym zapowiadającym dziesiątki miliardów dolarów na nowe kontrakty obronne.
- Sojusz stawia sobie za cel przeznaczanie 5% PKB na obronność do 2035 roku, co wymusi radykalną przebudowę budżetów państw członkowskich, w tym Polski.
- Sprawdź, jak te gigantyczne inwestycje wpłyną na bezpieczeństwo Europy, a także na finanse i przyszłość każdego podatnika.
NATO szykuje zbrojeniowy skok
Bezpieczeństwo przestaje być politycznym hasłem, a staje się coraz większą pozycją w budżetach państw NATO. Przed lipcowym szczytem Sojuszu sekretarz generalny NATO Mark Rutte zapowiedział, że państwa członkowskie ogłoszą nowe kontrakty obronne warte dziesiątki miliardów dolarów.
Chodzi o uzbrojenie, sprzęt wojskowy, systemy obronne i wszystko to, co ma wzmocnić odstraszanie wobec Rosji. Po latach, w których wiele państw Europy oszczędzało na armii, NATO chce pokazać, że ten czas się skończył.
Dla Polski ta dyskusja nie jest abstrakcją. Jesteśmy jednym z państw, które najgłośniej mówią o konieczności zbrojenia się i jednym z tych, które już wydają na obronność ogromne pieniądze.
Koniec wojny na Bliskim Wschodzie? Izrael i Liban dogadały się za jego plecami w Waszyngtonie
5 proc. PKB na bezpieczeństwo. To już nie polityczna fantazja
Jeszcze kilka lat temu wydawanie 2 proc. PKB na obronność było dla wielu państw NATO trudnym celem. Teraz Sojusz mówi już o 5 proc. PKB do 2035 roku.
To nie oznacza wyłącznie czołgów, samolotów i rakiet. Według założeń NATO 3,5 proc. PKB ma iść na podstawowe wydatki obronne, a kolejne 1,5 proc. na szersze wydatki związane z bezpieczeństwem. W grę wchodzą m.in. infrastruktura krytyczna, cyberbezpieczeństwo, odporność państwa i gotowość cywilna.
Brzmi technicznie, ale w praktyce oznacza jedno: kraje NATO będą musiały przez lata pompować w bezpieczeństwo kwoty, które wcześniej wydawały na zupełnie inne cele.
Polska już płaci jedną z najwyższych cen
Polska w tej układance jest w szczególnej sytuacji. Leżymy przy wschodniej flance NATO, graniczymy z Ukrainą, Białorusią i rosyjskim obwodem królewieckim. Wojna za naszą granicą sprawiła, że wydatki na armię przestały być u nas tematem tylko dla ekspertów.
Warszawa planuje w 2026 roku przeznaczyć na obronność około 4,8 proc. PKB. To jeden z najwyższych poziomów w całym NATO. Do tego dochodzą wielkie zakupy sprzętu, modernizacja armii i pieniądze z europejskiego programu SAFE.
Polska podpisała już umowę na 43,7 mld euro pożyczki w ramach unijnego programu wzmacniania bezpieczeństwa. Rząd przekonuje, że środki mają trafić na polskie bezpieczeństwo, przemysł zbrojeniowy, technologie i firmy współpracujące z sektorem obronnym.
Bezpieczeństwo albo inne wydatki? Ten dylemat wróci
Problem polega na tym, że każda złotówka wydana na armię musi skądś pochodzić. Im większe wydatki na obronność, tym trudniejsza rozmowa o innych obszarach: zdrowiu, edukacji, mieszkalnictwie, inwestycjach lokalnych czy świadczeniach społecznych.
Politycy lubią mówić, że bezpieczeństwo nie ma ceny. Budżet państwa pokazuje jednak, że cenę ma. I to coraz wyższą.
Dla rządzących będzie to jeden z najtrudniejszych tematów najbliższych lat. Z jednej strony nikt rozsądny nie chce oszczędzać na bezpieczeństwie w momencie, gdy Rosja prowadzi wojnę przeciwko Ukrainie. Z drugiej strony społeczeństwo może coraz mocniej pytać, dlaczego na wszystko inne brakuje pieniędzy, skoro na zbrojenia znajdują się kolejne miliardy.
Rutte chce pokazać Trumpowi liczby
Szczyt NATO będzie miał też ważne tło polityczne. Stany Zjednoczone od lat naciskają na Europę, by brała większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. Donald Trump wielokrotnie krytykował sojuszników za zbyt niskie wydatki na obronność.
Zapowiedź nowych kontraktów i potwierdzenie ścieżki dojścia do 5 proc. PKB mają być sygnałem, że Europa nie chce już tylko prosić Ameryki o ochronę. Chce pokazać, że sama płaci coraz większą część rachunku.
Dla Polski amerykańska obecność wojskowa pozostaje kluczowa. Ale im bardziej nieprzewidywalna staje się polityka USA, tym mocniej państwa europejskie muszą liczyć także na własne zdolności.
Ukraina w tle szczytu NATO
Na szczycie ma wrócić również temat wsparcia dla Ukrainy. To kolejny element tej samej układanki. Wojna pokazała, że bezpieczeństwo Europy nie kończy się na granicach państw NATO.
Dla Polski to szczególnie ważne, bo ewentualne osłabienie Ukrainy oznaczałoby jeszcze większą presję na wschodnią flankę Sojuszu. Dlatego dyskusja o kontraktach, wydatkach i nowych celach NATO będzie też pośrednio rozmową o tym, jak długo Zachód jest gotowy wspierać Kijów.
Jednocześnie w Polsce coraz mocniej słychać pytania o granice tej pomocy, relacje z Ukrainą i nierozliczone sprawy historyczne. To sprawia, że temat bezpieczeństwa staje się nie tylko militarny, ale też politycznie bardzo niewygodny.
Polacy mogą odczuć zbrojeniowy rachunek
W najbliższych latach hasło „wydatki na obronność” będzie pojawiać się coraz częściej. Nie tylko w wystąpieniach ministrów i generałów, ale też w zwykłej rozmowie o budżecie państwa.
Jeżeli NATO utrzyma kurs na 5 proc. PKB, wiele krajów będzie musiało przebudować swoje finanse. Polska już jest blisko tego poziomu, ale to nie znaczy, że presja zniknie. Utrzymanie wielkiej armii, zakup nowoczesnego sprzętu, szkolenia, amunicja, infrastruktura i produkcja krajowa będą kosztować przez lata.
To cena, którą państwa NATO coraz częściej uznają za konieczną. Pytanie tylko, jak długo wyborcy będą gotowi ją akceptować.
Szczyt NATO może być początkiem nowego etapu
Lipiec może przynieść nie tylko nowe deklaracje, ale też konkretne umowy. Dziesiątki miliardów dolarów w kontraktach obronnych mają pokazać, że Sojusz przechodzi z etapu ostrzeżeń do etapu wielkich zakupów.
Dla Polski to dobra i trudna wiadomość jednocześnie. Dobra, bo mocniejsze NATO oznacza większe bezpieczeństwo. Trudna, bo rachunek za to bezpieczeństwo będzie gigantyczny.
A ten rachunek, prędzej czy później, zawsze trafia do podatników.