Nie tylko „Cukier krzepi”. Biograf ujawnia prawdziwe oblicze Wańkowicza

2026-01-31 19:25

Był gwiazdą swoich czasów, mistrzem autopromocji i jednym z najważniejszych reporterów XX wieku. Melchior Wańkowicz budował własną legendę z rozmachem, który dziś kojarzy się raczej z mediami społecznościowymi niż z literaturą. W rozmowie z „Super Expressem” Łukasz Garbal, autor książki „Wańkowicz. Życie na kraterze”, pokazuje pisarza jako postać pełną sprzeczności: propagandystę i fact-checkera, emigranta i celebrytę, człowieka, który jednocześnie tworzył mity i próbował je demaskować.

Melchior Wańkowicz

i

Autor: Wikipedia/domena publiczna/ CC0 1.0 Melchior Wańkowicz
  • Dlaczego Wańkowicz zniknął z powszechnej pamięci – według jego biografa zaszkodziła mu agresywna autopromocja i legenda, którą sam przez lata podsycał.
  • Wańkowicz jak dzisiejsza gwiazda social mediów – świadome prowokacje, selektywne pokazywanie prywatności i granie kontrowersją dla uwagi czytelników.
  • „Bitwa o Monte Cassino” bez cenzury i laurki – reportaż oparty na tysiącach relacji, pokazujący także strach, chaos i błędy dowódców.
  • Powrót do PRL-u i życie pod presją władzy – walka z cenzurą, proces po „Liście 34” i demonstracyjne gesty sprzeciwu.

Wańkowicz był splotem paradoksów – raz sprawnym propagandystą, raz rzetelnym dziennikarzem

„Super Express”: - Melchior Wańkowicz w dwudziestoleciu międzywojennym był jednym z najpopularniejszych polskich pisarzy. A gdy po emigracyjnej tułaczce wracał do kraju w latach 50. XX w. cieszył się ciągle gigantyczną sławą. Dziś jednak wydaje się postacią nieco zapomnianą w zbiorowej pamięci. To zapomnienie to szczególny przypadek Wańkowicza czy zdziałały tu uniwersalne mechanizmy?

Łukasz Garbal: - Przewartościowania są naturalne w każdych czasach, ale Wańkowiczowi najbardziej chyba zaszkodziło to, co dawało mu największą popularność. Coś bardzo współczesnego.

- To znaczy?

- Sprzedaż własnego życia. Agresywna autopromocja. Nieustannie „dorzucał do pieca”, kreując swój wizerunek tak intensywnie, że po jego śmierci ten ogień, niepodsycany, zaczął po prostu wygasać. Powtarzano za nim – nie sprawdzając. Dziś patrzy się na niego przez pryzmat legendy, którą sam mozolnie budował, co u wielu rodzi podejrzenie, że wszystko po prostu zmyślił. W swojej książce staram się skonfrontować z tym „produktem”, jakim uczynił własne życie.

- Czytając o jego sposobie funkcjonowania w przestrzeni publicznej, trudno nie odnieść wrażenia, że dziś byłby absolutną gwiazdą mediów społecznościowych. Wyrazisty, kontrowersyjny, niesłychanie przebojowy.

- Właśnie. Wańkowicz przypomina współczesnego fanatyka social mediów, który świadomie serwuje nam niepełny, starannie wyselekcjonowany obraz siebie i swojej rodziny, byle tylko lepiej się „sprzedać”. Niejeden youtuber mógłby mu pozazdrościć instynktu w kwestii kreacji wizerunku i panowania nad uwagą odbiorców. On uwielbiał rzucić granat, powiedzieć coś kontrowersyjnego, by potem dopowiadać i wyjaśniać w kolejnych tekstach.

- I nie przetrwało to próby czasu?

- Przeciwnie, o ile nie będziemy czytać „na kolanach”. Jego biografia pokazuje bardzo współczesne problemy weryfikacji rzeczywistości obecnej w social mediach. Bardzo łatwo wyrwać coś kontrowersyjnego w poszukiwaniu „klikalności”. A on układał swoją twórczość niczym kamyczki w mozaice. Nie możemy powiedzieć, że mozaika jest tylko czarna lub biała, patrząc na jeden element, a Wańkowicz był właśnie splotem paradoksów – raz sprawnym propagandystą, raz rzetelnym dziennikarzem. Zarabiał na sprzedaży swojej prywatności, a jednocześnie ostrzegał przed dezinformacją... którą sam niekiedy o sobie rozsiewał.

- Wańkowicz żył na tyle długo i to w tak burzliwych i dramatycznych czasach, że można go uznać za świadku wielu epok. Granice przesuwały się pod jego stopami. Pochodził z terenów, które dziś nazwalibyśmy głęboką Białorusią. Na ile to doświadczenie wielokrotnego wykorzenienia ukształtowało go jako człowieka i pisarza?

- To doświadczenie było kluczowe. Był wielokrotnym uchodźcą. Najpierw stracił rodzinny dom po traktacie ryskim, kolejny – budowany na kredyt – w powstaniu warszawskim. Później żył jako imigrant ekonomiczny w USA, gdzie jego żona musiała pracować jako posługaczka u bogatych Amerykanek, które traktowały ją bardzo źle. Niezwykle poruszające są jego notatniki, które przechowujemy w Muzeum Literatury. To żywy dowód faktów – i emocji.

- Co w nich znajdziemy?

- Z ogromną drobiazgowością spisywał swój majątek. Obok dochodów z książek i wydatków na paliwo do mercedesa notował wartość pierścionków żony, jej naszyjnika. Ale to nie było skąpstwo, lecz mentalność człowieka, który nawet po siedemdziesiątce liczył się z tym, że znów wszystko straci i będzie musiał uciekać.

- W swojej książce pisze pan, że Wańkowicz reprezentował szczególny rodzaj polskości. Czym ona właściwie była?

- To była polskość Giedroycia, Czapskiego, Miłosza – pełna, nie wąsko „nadwiślańska”. Czuł się przede wszystkim obywatelem dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Pochodził znad Berezyny i doskonale rozumiał niuanse tamtejszego pogranicza. To było to dla niego miejsce, która miało przyciągać, a nie odrzucać w zależności od tożsamości etnicznej czy religijnej. Jako szef propagandy Straży Kresowej – organizacji działającej na pograniczu białego wywiadu w czasie wojny z bolszewikami – starał się pokazywać Polskę jako antytezę Rosji, jako państwo wrażliwe na mniejszości i obiecujące równość oraz demokrację. Rozumiał ludzi, którzy od wieków mówili po polsku, ale pisali cyrylicą, bo tylko taki alfabet znali – i wydawał dla nich gazetę. Szanował tych, którzy nie chcieli się narodowo określać, bo bali się, że nacjonalizmy każą im wybierać między swoimi krewnymi, z których jeden czuł się bliższy jednej narodowości, a inny drugiej.

- Nie było to w tamtych czasach najpopularniejsze podejście do kwestii narodowej.

- Wańkowicz, pochodzący z pogranicza, wiedział doskonale, że przy takim splątaniu tożsamości jak na tych ziemiach, wszelkie kryteria narodowościowe grożą po prostu rzezią. Chciał jedności w różnorodności, a nie etnicznej jednolitości. Pod koniec lat 30. z goryczą zauważał, że państwo polskie zawiodło tych ludzi, nie dotrzymując obietnic reform i demokracji, a żołnierze KOP-u musieli darmową pracą wznosić tam szkoły, na które państwo żałowało środków.

- To tylko jedna z wielu porażek, które poniosły jego wizji polityczne. Wańkowicz wydaje się człowiekiem, którego marzenia o Polsce nigdy się nie spełniły. Traktował to jako dramat swojego życia?

- Jego życie to przede wszystkim ostrzeżenie przed polaryzacją. Wańkowicz wielokrotnie próbował łączyć skrajności dla wspólnego dobra, ale zazwyczaj kończył samotnie pośrodku, podczas gdy inni rozchodzili się na radykalne strony. Już jako młody lider konspiracyjnej organizacji młodzieżowej doświadczył tej izolacji. Zrezygnował nawet z kariery poselskiej, którą mógł podjąć u zarania II Rzeczypospolitej, bo nie potrafił być wyznawcą jednej prawdy. Nie umiał mówić, że świat jest tylko zielony lub tylko czerwony, gdy przez swoją metaforyczną „karafkę La Fontaine'a” widział całą gamę barw. To właśnie dlatego został reporterem, a nie politykiem – chciał zrozumieć i pokazać wszystkie strony prawdy.

- Jednak polityka go nie oszczędziła. W II RP związał się z sanacją, co miało dla niego fatalne skutki podczas wojennej emigracji. Rzadko się dziś pamięta, jak bardzo trauma wojny zamiast łączyć Polaków, pogłębiła ich wewnętrzne podziały. Wańkowicz doświadczył tego z całą mocą.

- I to znów współczesne ostrzeżenie, które wynika z jego biografii. W 1939 r. Wańkowicz uciekał przed Niemcami, którzy nienawidzili go za książkę „Na tropach Smętka”. Chciał pisać o wysiłku polskiego żołnierza, by wesprzeć polską rację stanu u aliantów. Tymczasem stworzony przez dawną opozycję nowy rząd na uchodźstwie uniemożliwił mu publikację, bo postrzegano go jako człowieka dawnego reżimu i oskarżono przed komisją śledczą. A nowym władzom wygodnie było oskarżać starą o klęski... Dla Wańkowicza niszczenie siebie nawzajem w obliczu wspólnego wroga było czystą głupotą.

- Podobnie było z jego słynną książką o Monte Cassino. Dziś postrzegamy ją jako pomnik polskiego oręża, ale jej powstawaniu towarzyszyły polityczne gierki, które opóźniły jej wydanie.

- „Bitwa o Monte Cassino” to wzór fact-checkingu. Był na miejscu, zebrał tysiące relacji i fotografii. Co najważniejsze: nie ugiął się pod presją dowództwa. Chciano, by pisał czystą propagandę i głosił chwałę dowódców. On jednak pokazał także strach, pragnienie, ataki paniki, a nawet głupotę. Cytował brytyjskiego chirurga, który „wyszedł z cierpliwości, widząc nowy transport pacjentów (maleńkie nieraz jak groch odpryski robią człowieka obłąkanym na całe życie): «Polacy to idioci! Nie wkładają hełmów. Nigdy u Anglików w przybliżeniu nie miałem takiego procentu»”. Edukował! I pokazywał przezwyciężanie swoich ograniczeń przez żołnierzy... Tym pełniejszy był obraz, tym ważniejsze było to zwycięstwo. Nie tworzył laurki.

- Potem było tylko gorzej...

- Niestety, na emigracji oskarżano go o kolaborację, gdy starał się wydać tę prawdę w PRL-u. Tymczasem on walczył z cenzurą, by przemycić jak najwięcej faktów. W krajowych wydaniach, mimo ograniczeń, pisał o losach żołnierzy w Rosji w sposób czytelny dla współczesnych mu odbiorców. Kiedy notował, że młodzi żołnierze marzyli o zegarkach, a starsi o zębach, każdy wiedział, że te zegarki ukradli, a zęby wybili w łagrach – Rosjanie... Książka była tak poszukiwana, że mimo ceny sięgającej 1/4 ówczesnej pensji, znajdowała rzesze nabywców.

- Decyzja o powrocie do PRL-u w 1958 roku była dla wielu szokująca. Dlaczego to zrobił?

- Jednym z powodów była jego sytuacja na emigracji, gdy się od niego odwrócono i nieustannie krytykowano. Nie potrafił też jednak żyć bez kontaktu z czytelnikami i bez języka polskiego. Kiedy wrócił i pytano go, co go najbardziej zaskoczyło po blisko 20 latach – spodziewając się peanów na cześć odbudowy kraju, którą władza wykorzystywała propagandowo – on odpowiadał po prostu: nie to, zaskakuje mnie polskość. To, że ludzie wychodzą na ulicę i po prostu mówią po polsku. Dla niego to był tlen, którego w USA mu brakowało.

- Tego tlenu szukał w dusznej Polsce Gomułki. Znalazł?

- Przypływając statkiem „Batory” przemycał zakazane książki, bo wierzył, że znane nazwisko pozwoli mu je uchronić przed konfiskatą. Później pisał do Giedroycia, komunikując w ten sposób władzom, że nie pozwoli się uciszyć – i składał reklamacje na poczcie, że nie dociera do niego zakazana w Polsce paryska „Kultura”! Kiedy władze chciały go ułaskawić po procesie związanym z „Listem 34”, odmówił apelacji, by nie dać im propagandowego zwycięstwa. Mimo skazującego wyroku chodził do teatru, by pokazać, że się nie ukrywa. Uwielbiał być w świetle reflektorów – istnieje nawet legenda, że umówił się z fotografem, by ten zrobił mu zdjęcie dokładnie w momencie, gdy uchyli się przed nim więzienna brama...

- W książce wspomina pan nieustannie o faktach i legendach. Jak to było ze słynnym hasłem zachęcającym do konsumpcji cukru?

- Z hasłem „Cukier krzepi” sprawa jest o wiele ciekawsza, niż głosi legenda o genialnym pomyśle rzuconym w sekundę. Prawda jest taka, że Wańkowicz przez trzy lata wytrwale pracował nad gigantycznym planem uzależnienia Polaków od cukru. Tworzył fikcyjne towarzystwa „ochrony niemowląt”, planował „cukrowe manewry” mające wykazać lepszą bojowość jednostki żołnierzy wcześniej faszerowanych cukrem... Ten jeden człowiek działał z precyzją niczym wielka organizacja, sprawdzając postępy planu (który zachował się w archiwach, a który opisuję w książce). To był majstersztyk socjotechniki w reklamie, który niestety mu się udał.

- Nie udało mu się jednak uchronić rodziny. Córka Krystyna zginęła w powstaniu warszawskim, co do końca życia było chyba jego wielkim wyrzutem sumienia.

- To był życiowy dramat Wańkowicza. W rocznicę wybuchu powstania warszawskiego w mediach społecznościowych często widzimy pokolorowane fotografie jego córki. Ale historię trzeba pokazywać bez lukrowania, w całości, bez unikania trudnych prawd. Tak jak Wańkowicz pisał o Monte Cassino. Wywołuje się wzruszenie pokazując fotografię – ale dlaczego nie pytamy, co ta młoda dziewczyna myślała, co czuła, idąc do powstania?

- Co myślała?

- Nie interesuje mnie tworzenie mitów a rzeczywistość. Ta sama Krystyna dwa lata wcześniej jeździła rowerem po Europie Zachodniej. Mówiła wtedy, że ma dość Polski, dość „pijanych Polaków”, że nie ma granicy, przez którą by swój rower nie przeciągnęła... A jednak ta rowerzystka wróciła i wpadła w te tragiczne, polskie koleiny losu. Czy nie naśladując losów swoich rodziców, przygotowujących powstanie w białoruskim Mińsku w roku 1918? Wańkowicz pisał o dramacie – nie tyle ginących dzieci, co rodziców, wychowujących je w przeczuciu nadciągającej wojny.

- Czego, pana zdaniem, uczy biografia Wańkowicza?

- W czasach beztroskiego lajkowania tego, co wyrzuciła nam jakaś AI potrzebujemy właśnie jak najprecyzyjniejszych faktów. Tylko rzetelne badania oparte na dokumentacji – także dzięki lekceważonej pracy archiwistów, bibliotekarek, nauczycieli – mogą uchronić prawdę w czasach dezinformacji, kiedy fakty przeszkadzają... A to właśnie fakty – ta cała historia – są ciekawsze od zmyśleń. Ta aktualność brutalnego zderzenia marzeń o wolności bez granic z losami Wańkowicza, jego żony i córek sprawia, że warto go czytać również dzisiaj.

Rozmawiał Tomasz Walczak

Łukasz Garbal jest autorem ksiażki "Wańkowicz. Życie na kraterze"

książka Wańkowicz - życie na kraterze, Łukasz Garbal

i

Autor: Wydawnictwo Czarne/ Materiały prasowe książka "Wańkowicz - życie na kraterze", Łukasz Garbal

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki