Koniec świata, jaki znamy? Edwin Bendyk: wojna znów kształtuje porządek międzynarodowy

2026-01-03 20:11

Rok 2025 nie przynosi jednego przełomu, lecz kumulację kryzysów, które na nowo definiują porządek międzynarodowy. Edwin Bendyk, prezes Fundacji Batorego, w rozmowie z „Super Expressem” tłumaczy, dlaczego wojna znów stała się narzędziem polityki, co grozi Europie i dlaczego demokracja – wbrew defetystycznym narracjom – może okazać się skuteczniejsza niż autorytaryzm.

3. Szczyt Trump-Putin na Alasce, sierpień 2025

i

Autor: Wikipedia / CC0 4.0
  • Nowy porządek świata zaczął się wcześniej, niż sądzimy – najpóźniej w 2014 r. wraz z aneksją Krymu przez Rosję i bezradnością Zachodu.
  • Wojna wróciła jako sposób kształtowania relacji międzynarodowych, a konflikt w Ukrainie może być początkiem szerszej konfrontacji mocarstw.
  • Największym zagrożeniem dla Europy jest jej własna dezintegracja: nacjonalizmy i zmęczenie projektem UE.
  • Ukraina obala mit „nieskutecznej demokracji” – nawet w warunkach wojny demokratyczne państwo może działać sprawnie i mobilizować społeczeństwo.

Rok 2014: początek końca porządku pozimnowojennego?

„Super Express”: – „Rok 2025 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia” – czy coś takiego napiszą przyszli kronikarze, którzy będą chcieli zrozumieć nasze czasy?

Edwin Bendyk: – W ostatnich kilku latach każdy rok przynosi coś nowego, co kształtuje nasz świat i trudno dziś wskazać, który z nich stanowi oczywistą cezurę. Jako przełomowy moglibyśmy wskazać rok 2022 r. ze względu na rozpoczęcie pełnoskalowej inwazji rosyjskiej. Ale przecież wojna przeciw Ukrainie tak naprawdę zaczęła się w 2014 r. Pamiętam, że wtedy brytyjski „The Economist” na okładce umieścił Putina na czołgu pisząc o nowym porządku świata.

– Czyli żyjemy już w 11. roku tego nowego porządku?

– Cóż, na pewno aneksja Krymu i wojna na Donbasie stanowiły pierwsze siłowe zakwestionowanie porządku pozimnowojennego w Europie. W tym sensie tym dziwnym rokiem zwiastującym klęski i nadzwyczajne zdarzenia byłby więc rok 2014. Ówczesna reakcja, a w zasadzie jej brak ze strony Zachodu, doprowadziły nas do obecnej sytuacji. Nie sądzę jednak, żebyśmy byli w momencie, kiedy z ówczesnego wywrócenia stolika miał się już za chwilę wyłonić jakiś pokój czy wręcz nowy, konkretny model stosunków międzynarodowych.

– Z czym mamy więc do czynienia?

– Używając języka Trumpa, trwa partia pokera, w której wszyscy licytują, ale jeszcze nikt nie pokazał, jakie ma karty. Uważam zresztą, że trudno będzie uchwycić punkt, w którym powiemy jak w 1945 r., że to już koniec. Czołgi nie wjadą do Moskwy, a nad Kremlem nie zawiśnie ukraiński czy NATO-wski sztandar.

– Może jest tak jak u Antonio Gramsciego: kryzys jest wtedy, kiedy stare umarło, a nowe nie może się narodzić.

– Absolutnie, tylko pytanie, od którego momentu liczyć zgon starego świata. Niedawno opublikowana strategia bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych na papierze zapisała to, co już od dawna wiemy: świat, w którym USA były globalnym żandarmem się skończył. Donald Trump po prostu uznał, że już nie będzie udawał, że rządzony przez niego kraj jest światowym hegemonem. Ale Putin zrozumiał to już dawno temu.

Wojna jako nowa norma w polityce globalnej

– Kiedy?

– Najpóźniej w 2013 r., kiedy walczący z antyreżimową rebelią syryjski przywódca Baszar Al-Asad użył przeciwko swoim obywatelom broni chemicznej. Barack Obama zapowiadał ostrą reakcję, a nie wydarzyło się nic. Putin wyciągnął oczywisty wniosek, że USA nie będą już interweniować w każdym miejscu świata. Dlatego w 2014 r. pozwolił sobie na atak na Ukrainę. Tym samym wróciliśmy do świata, w który wojna zaczęła być istotnym elementem kształtowania porządku międzynarodowego. Stąd tak duże obawy budzi, że wojna w Ukrainie nie tyle zmierza do końca, co jest początkiem, znacznie poważniejszych rozstrzygnięć.

– Co pan przez to rozumie?

– Że gdzieś na horyzoncie jest bezpośrednia konfrontacja między mocarstwami. Choćby Chin ze Stanami. Zapewne nikomu na tym w Pekinie czy Waszyngtonie nie zależy.

– W 1914 r. też nikomu nie zależało na wojnie.

– No właśnie, a jednak I wojna światowa wybuchła. Znakomita książka Christophera Clark „Lunatycy” pokazywała, że choć ówcześnie pozornie nic się nie działo, to wszystko prowadziło do wielkiej konfrontacji. Pytanie, jak my, współcześni lunatycy, będziemy nawigować w tak rozedrganym świecie.

Koncert mocarstw i „partia pokera” bez odkrytych kart

– Jeśli sądzić choćby po tym, że przywódcy współczesnych hegemonów znów chcą rozstrzygać sprawy tego świata w koncercie mocarstw, to nic dobrego nam to nie wróży.

– Nie tylko koncert mocarstw – Chin, USA i doproszonej do tego Rosji – sprawia, że świat znów przypomina beczkę prochu. Europa także wraca do odruchów sprzed 1914 r. Jeżeli w kolejnych latach wybory w państwach europejskich będą wygrywać projekty suwerenistyczno-nacjonalistyczne, nie można wykluczyć pęknięcia w Unii Europejskiej. Nie tylko w sensie czysto politycznym.

– Jakie zagrożenie pan dostrzega?

– Europa w odpowiedzi na rosyjskie zagrożenie silnie się militaryzuje. W połączeniu z agresywnym nacjonalizmem, może się okazać, że za kilka lat skonsolidują się rządy, które zaczną myśleć, że armia może posłużyć nie tyle do obrony przed Rosją, co do rozstrzygania konfliktów między pozostałymi państwami europejskimi. Po ponad 70 latach snu, starcia nacjonalizmów znów staną się zasadą organizującą stosunki w Europie. Będzie to kolejny cios w świat, który znaliśmy jeszcze do niedawna. Ale zanim mogłoby się to wydarzyć, znacznie szybciej grozi nam inny destabilizujący Europę scenariusz związany z wojną w Ukrainie.

Sami musimy uwierzyć w siłą Europy

– Co ma pan na myśli?

– Nawet jeśli Ukraina zostanie pozostawiona sama sobie, nie doprowadzi to do jej pełnej okupacji przez Rosję. Na to bowiem Moskwa nie ma siły. Nastąpi jednak stopniowa erozja państwa ukraińskiego. Brak realnej perspektywy wsparcia i integracji z UE skłoniłby elity polityczne i biznesowe do porzucenia reform, walki z korupcją i europejskich standardów. W siłę zaczęłyby rosnąć nastroje eurosceptyczne, wzmacniane przez sfrustrowanych weteranów. Jednocześnie zmęczenie Zachodu ograniczyłoby jego pomoc gospodarczą, co mogłoby doprowadzić do kryzysu ekonomicznego.

– Takie kryzysy Ukraińcy po 1991 r. znają bardzo dobrze. Czym różniłby się ten konkretny?

– Przede wszystkim tym, że setki tysięcy ludzi wyszkolonych w nowoczesnej wojnie – także w cyberbezpieczeństwie, obsłudze dronów i operacjach specjalnych – straciłyby życiowe perspektywy. A to groziłoby eksplozją przestępczości zorganizowanej i eksportem chaosu poza Ukrainę. Najmocniej odczułaby to Polska, ale konsekwencje dotknęłyby całą Europę. Dlatego jedynym realnie dobrym scenariuszem jest konsekwentne wzmocnienie Ukrainy – polityczne, gospodarcze i militarne – zanim ten proces dezintegracji się rozpocznie.

– Na razie jednak naszym europejskim problemem jest Donald Trump, który już oficjalnie mówi, że Unię Europejską uważa za wroga i zamierza znaleźć sojuszników w krajach członkowskich, by doprowadzić do jej dezintegracji.

– Wiele ze scenariuszy, które mogą z tego wyniknąć, jest po prostu złych dla UE. Poza tym jednym: utrzymania integracji i jednak uwierzenia, że projekt europejski ma sens, a Europa to silny i konkurencyjny gracz na arenie międzynarodowej. Nie możemy dać eurosceptykom, Trumpowi czy rosyjskiej propagandzie wmówić sobie, że nasz kontynent jest na skraju zapaści i jego czas minął.

– Taka narracja jest jednak punktem odniesienia dla dyskusji o projekcie europejskim.

– Cóż, nawet liberalna strona wpada w dyskurs europejskiej niemożności. Tymczasem wygląda to zupełnie inaczej. Wszystkie globalne rankingi innowacyjności czy konkurencyjności pokazują, że w pierwszej dziesiątce silną pozycję zajmują państwa członkowskie Unii Europejskiej takie jak Dania, Finlandia, Francja czy Niemcy. Europa ciągle ma zasoby, by ścigać się z USA czy Chinami. Oczywiście, żaden z tych krajów nie zrobi tego sam. Tym bardziej nie zrobi tego sama Polska. Ale jako blok państw nasze skumulowane zasoby i możliwości są realną konkurencją dla największych światowych graczy. Dlatego nie możemy dać się rozgrywać Trumpowi, choć będzie próbował to zrobić. Natomiast jest w tym wszystkim pewien pozytywny element.

– Jaki?

– Presja, jaką Trump od stycznia 2025 r., czyli swojego powrotu do Białego Domu, wywiera na Europę, sprawia, że ona odkrywa w sobie wszystkie te pokłady i pod taką presją potrafi się zmobilizować. Paradoksalnie, gra Trumpa na osłabienie Unii Europejskiej może ją wzmocnić. Jeśli tylko nie damy sobie wmówić, że jesteśmy w schyłkowej erze naszego kontynentu.

Demokracja w czasie wojny: lekcja, której Zachód nie chce odrobić

– Wnioski, które wielu wyciąga z presji politycznej Trumpa i gospodarczej Chin są podobna jak w latach 30. XX w. - że demokracja nie ma odpowiedzi na wyzwania współczesności i reżimy autorytarne lub marzące o autorytaryzmie lepiej radzą sobie z konkurencją. Wielu w Europie byłoby gotowych porzucić demokrację i przyjąć rządy silnej ręki, które miałyby dać impuls do pogoni za uciekającym Europie światem. Europejskie demokracje będące pod ogromną presją są skazane na porażkę?

– Jeżeli mówimy o przedwojniu, to ciągle zapominamy o kraju, który potrafił obronić demokrację mimo otaczających go reżimów autorytarnych i totalitarnych. Jednocześnie tworzył jedną z najprężniejszych i najnowocześniejszych gospodarek Europy. Mówię tu oczywiście o Czechosłowacji. To, że upadła w 1938 r. nie było wynikiem tego, że była niedostosowaną do ówczesnego świata demokracją. Jej zniszczenie przez Niemcy było efektem tego, że mimo nowoczesnego przemysłu zbrojeniowego i prężnej armii, została po prostu sama. To dobre memento dla tych, którzy marzą o wyjściu Polski z UE i samotnemu mierzeniu się ze współczesnymi wyzwaniami. Natomiast jeśli ktoś uważa, że współcześnie demokracja jest obciążeniem i paraliżuje wysiłek państwa, niech spojrzy na Ukrainę.

– Co z nią?

– Ukraińcy jako społeczeństwo i Ukraina jako państwo mimo trwającej wojny konsolidują się również wokół pojęcia odporności demokratycznej. Demokracja to jest coś, co jest po prostu w DNA filozofii politycznej Ukrainy. Nawet w czasie wojny te przekonania się zmieniły – przeciwnie. poparcie dla demokracji i niechęć do form autorytarnych zwiększyły się.

– Ma pan na to jakieś wytłumaczenie?

– Robią to dlatego, że przekonali się zwłaszcza w czasie wojny, że demokratyczne zarządzanie jest efektywne. Każdy zna swoje miejsce i czuje się podmiotem w tym państwie. Czuje z tego dumę, nie czeka na rozkazy z góry, żeby coś zrobić. Oczywiście, zarządzanie takim systemem to wielkie wyzwanie, ale to rozproszenie pomaga szybko ewaluować pewne rozwiązania i dostosowywać do kryzysowej rzeczywistości. Ukraina pokazuje, że demokracja nie musi być czystym rytuałem, ale także stylem życia i przekonaniem, że warto włączać obywateli do rozwiązywania problemów.

– W Polsce wolimy jednak dostrzegać ukraińskie problemy z wojenną korupcją niż to, jak działa działa tamtejsze państwo i społeczeństwo.

– Jasne, Ukraina ma swoje problemy i trudno, żeby ich nie miała. Owszem, ogniskują one uwagę polskiej opinii publicznej, także ze względów politycznych. Demokratyczny wymiar funkcjonowania ukraińskiego społeczeństwa w wojennej rzeczywistości wolimy ignorować. Ale musimy pamiętać, że właśnie to polityczne środowisko pozwoliło Ukraińcom nie tylko obalić skorumpowane rządy Janukowycza w czasie rewolucji godności, ale także wzmocnić odporność państwa po 2014 r. i przygotować je na pełnoskalową wojnę w 2022 r. Jeśli mamy więc kryzys demokracji w świecie zachodnim, to powinniśmy uczyć się od Ukraińców, jak jest ważna także w sferze bezpieczeństwa państwa.

– No właśnie, bo po drugiej stronie frontu mamy autorytarny reżim Putina, który w starciu ze słabą – wydawało się – Ukrainą okazał się kompletnie niewydolny i nie umiał wykorzystać przewagi w ludziach i sprzęcie, by zniszczyć państwo ukraińskie.

– No właśnie. Zresztą to czego nie rozumieją Trump i Putin, myśląc, że o pokoju w Ukrainie zdecyduje abstrakcyjna rozgrywka geopolityczna pomiędzy liderami. Że to, co oni ustalą, będzie przyjęte. Otóż nie, bo podmiotem w Ukrainie jest społeczeństwo, a nie Wołodymyr Zełenski. On wie, że jakikolwiek zły deal – użyjmy tego pojęcia – nie zostanie zaakceptowany przez armię i społeczeństwo. Z powodu tego, w jaką stronę zmierzają dziś sprawy w świecie Zachodu, przykład Ukrainy jest dla mnie tak inspirujący. To państwo pokazuje bowiem, że nawet w chwili egzystencjalnego zagrożenia demokracja sprawdza się w wielu wymiarach.

– Widzę, że nie poddaje się pan defetyzmowi.

– W tak rozchwianym świecie jak nasz to po prostu pocieszające, że nie musimy porzucać naszych dotychczasowych wartości, by się w zmieniającej rzeczywistości odnaleźć. Odpowiedzią na kryzys porządku międzynarodowego, który wyłonił się po zimnej wojnie, i licznych zagrożeń, które mu towarzyszą, nie jest więc ucieczka w autorytaryzm. Nie jest nim też ucieczka w suwerennościowe myślenie – bowiem nie oznacza to, że nikt nam nic nie narzuci. Wprost przeciwnie – oznacza osamotnienie w obliczu zagrożeń bezpieczeństwa. To demokracja i pomoc przyjaznych państw-partnerów pozwoliły Ukrainie uchronić się przed rosyjską nawałą. Musimy o tym pamiętać.

Rozmawiał Tomasz Walczak

Edwin Bendyk (ur. 1965), prezes zarządu Fundacji im. Stefana Batorego. Dziennikarz, pisarz, publicysta tygodnika „Polityka". 

Autor wielu książek, w 2020 r. wydał „W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata”.

Redaktor i współautor raportu końcowego Narodowego Programu Foresight Polska 2020.

Kurator programu „Miasto przyszłości/Laboratorium Wrocław” podczas Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. Współorganizator Kongresu Kultury w 2016 r.

Członek Polskiego PEN-Clubu i European Council on Foreign Relations.

Laureat wielu nagród, w tym Nagrody Planety Lema w dziedzinie kultura.

Prowadzi blog „Antymatrix”.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki