Pokaz siły Trumpa w Wenezueli. Teraz Grenlandia? „Europa ma twardy orzech do zgryzienia”

2026-01-04 14:36

Błyskawiczna operacja USA w Wenezueli i porwanie jej dyktatora Nicolasa Maduro to nie jednorazowy pokaz siły, lecz element długofalowej strategii Donalda Trumpa – przekonuje dr Mateusz Piotrowski, koordynatorem Programu amerykańskiego w PISM. Powrót do doktryny Monroe, gra o ropę i sygnał wysłany Chinom oraz Rosji sprawiają, że także Europa musi liczyć się z nową, znacznie bardziej agresywną polityką Waszyngtonu.

Atak Trumpa na Wenezuelę. Maduro w areszcie w USA

i

Autor: AP Photo, Truth Social Trump/x.com/ Associated Press Atak Trumpa na Wenezuelę. Maduro w areszcie w USA
  • Atak na Wenezuelę był realizacją starego planu, przygotowywanego jeszcze w pierwszej kadencji Trumpa, a nie impulsywną decyzją.
  • USA wracają do XIX-wiecznej doktryny Monroe, jasno komunikując, że obie Ameryki są ich wyłączną strefą wpływów.
  • Waszyngton jest gotowy dogadać się z resztkami reżimu Maduro, dzięki czemu może uniknąć amerykańskiego błędu z Iraku
  • Sukces operacji może zachęcić Trumpa do kolejnych ruchów, co rodzi realne obawy w Europie – także w kontekście Grenlandii.

Wenezuela jako klucz do nowej doktryny Trumpa

„Super Express”: – USA zaatakowały Wenezuelę i uprowadziły do Stanów Zjednoczonych jej dyktatora Nicolasa Maduro. Czarne chmury nad nim zbierały się od dłuższego czasu i widzieliśmy różne działania wywrotowe Amerykanów w tym regionie. Ale po co Trumpowi ta eskalacja?

Mateusz Piotrowski: – Przede wszystkim, musimy zrozumieć, że Nicolas Maduro był dla administracji Donalda Trumpa swoistą solą w oku, której usunięcie miało na celu nie tylko zmianę władzy w jednym państwie, ale przede wszystkim uwolnienie potencjału Wenezueli oraz całego regionu Ameryki Południowej poprzez walkę z reżimami komunistycznymi. Maduro pełnił tutaj funkcję pewnej „furtki” – Amerykanie uznali, że jej wyważenie jest niezbędne do realizacji szerszego planu, który kiełkował już podczas pierwszej kadencji Trumpa. Co ciekawe, same zarzuty, na podstawie których dokonano tego spektakularnego zatrzymania, nie są nowe – pochodzą jeszcze z 2020 r. To pokazuje, że mamy do czynienia z realizacją dalekosiężnej strategii, a nie z nagłym impulsem. Obecnie widzimy po prostu nową skalę tych działań, która wynika z całkowitego skupienia uwagi Waszyngtonu na zachodniej półkuli i wdrażania nowej metody doktryny Monroe.

Pokaz siły USA. Jasny sygnał dla Rosji, Chin i Iranu

– Rzeczywiście weekendowa eskapada Amerykanów wpisuje się w strategię bezpieczeństwa narodowego ogłoszoną przez Trumpa w grudniu. W Polsce wszyscy skupiali się na jej europejskich wątkach, ale mamy tam wyraźny powrót do wspomnianej przez pana XIX-wiecznej doktryny Monroe. Ona zakłada, że obie Ameryki są wyłączną domeną Stanów Zjednoczonych. Atak na Wenezuelę to chęć zaznaczenia własnej strefy wpływów?

– Absolutnie tak. To potężna demonstracja siły mająca pokazać, że USA mają realne możliwości, by narzucać swoją wolę i kontrolować wydarzenia na własnym podwórku. Sama operacja była zresztą ogromnym sukcesem militarnym: trwała niecałe trzy godziny i zakończyła się pełnym sukcesem, czyli wyciągnięciem Maduro i jego żony z kraju. Co najważniejsze dla amerykańskiej opinii publicznej, po stronie USA nie było ofiar śmiertelnych – skończyło się na jednym uszkodzonym samolocie i kilku rannych żołnierzach. Jest to czytelny sygnał wysłany nie tylko do lokalnych reżimów, ale przede wszystkim do Iranu i mniejszym stopniu do Rosji i Chin. Waszyngton mówi im wprost: mamy siły i środki, by kontrolować zachodnią półkulę, i nie zawahamy się ich użyć, co może sugerować podobną determinację również w innych punktach zapalnych globu.

Waszyngton gotowy na układ z ludźmi Maduro. Ropa ważniejsza niż demokracja

– Tylko czy ekipa Trumpa ma jakiś plan co dalej? Obalenie dyktatora to jedno, ale Wenezuela to skomplikowana układanka interesów mafijno-politycznych i partyzanckich. Czy USA nie grozi powtórka z Iraku, gdzie po usunięciu Saddama Husajna zapanował chaos, z którym nikt nie wiedział, co zrobić?

– To bardzo trafne porównanie, ale wydaje się, że obecna administracja wyciągnęła lekcje z tamtych porażek i unika tworzenia próżni politycznej. W Iraku błędem była całkowita likwidacja instytucji reżimu, co otworzyło drogę radykałom; tutaj USA postępują inaczej, wykazując się pewną dojrzałością polityczną. Zamiast natychmiastowego narzucania nowej władzy, Waszyngton postawił w okresie przejściowym na dialog z resztkami reżimu. Fakt, że trwają negocjacje, a Sąd Konstytucyjny w Wenezueli już wskazał wiceprezydenta jako następcę Maduro, świadczy o tym, że Amerykanie chcą zachować ciągłość struktur państwowych. Co ciekawe, Trump wcale nie dąży do natychmiastowego przekazania władzy liderce opozycji, twierdząc wręcz, że nie ma ona wystarczającego poparcia, by samodzielnie udźwignąć rządy. To pokazuje, że Waszyngton nie chce tym razem „namaszczać” lidera jednoosobowo, lecz woli układanie się z systemem, by docelowo doprowadzić do procesu, który w jakimś stopniu uwzględni wolę Wenezuelczyków.

– Na ile rolę odgrywają tu wenezuelskie surowce, głównie ropa naftowa? Trump mówił głównie o tym, kiedy komentował operację.

– Wydaje się, że zagwarantowanie amerykańskim spółkom energetycznym dostępu do wenezuelskich złóż ropy jest dla Donalda Trumpa celem najważniejszym, a być może wręcz jedynym kluczowym motywatorem. To dlatego administracja jest gotowa na pragmatyczny dialog z częścią starego aparatu władzy – dopóki ropa płynie, a interesy są zabezpieczone, Waszyngton może przymknąć oko na to, że proces demokratyzacji będzie powolny i sterowany częściowo przez ludzi dawnego systemu.

– A jak ta operacja jest odbierana wewnętrznie w USA? Trump budował swój kapitał polityczny na sprzeciwie wobec wojen ekspedycyjnych i interwencjonizmu George’a Busha, a teraz sam decyduje się na inwazję.

– Reakcje są niezwykle ciekawe i wymykają się prostym podziałom partyjnym. Z jednej strony mamy radykalne protesty środowisk lewicowych, które nazywają działania USA „terrorystycznymi” i domagają się uwolnienia Maduro. Z drugiej strony, w samym obozie Republikanów widać wyraźne pęknięcie. Część wyborców przyjmuje narrację o walce z zagrożeniem narkotykowym, choć trzeba przyznać, że problem kokainy z Wenezueli jest tu mocno wyolbrzymiany. Jednocześnie postacie takie jak skłócona dziś z Trumpem, a do niedawna jego wielka sojuszniczka Marjorie Taylor Greene czy inni influencerzy nurtu America First przypominają prezydentowi, że kolejna interwencja wojskowa stoi w sprzeczności z obiecanym izolacjonizmem.

– Czyli niekoniecznie się to w elektoracie MAGA może podobać?

– Cóż, radykalnie przedstawiciele tego nurtu wytykają administracji, że angażuje się w Nigerii, Syrii czy Iranie, szukając nowych okazji do konfliktów. Jednak Marco Rubio bardzo sprawnie próbuje to pacyfikować, lansując w polityce zagranicznej hasło „Americas First”. Argumentuje on, że skoro skupiamy się na interesie Ameryki, to obie Ameryki powinny być priorytetem, bo to tam rozstrzyga się kwestia bezpieczeństwa publicznego. Taka narracja jest dla wyborcy Trumpa znacznie łatwiejsza do przełknięcia niż np. wojny na Bliskim Wschodzie.

Europa zaniepokojona. Grenlandia testem lojalności sojuszy?

– Skoro sukces w Wenezueli przyszedł tak łatwo, to czy nie otworzyło to puszki Pandory? Czy następna w kolejce będzie Grenlandia, Kanał Panamski albo meksykańskie kartele? To cele, które Trump wielokrotnie wskazywał jako kluczowe dla bezpieczeństwa USA na półkuli zachodniej.

– Sukcesy mają to do siebie, że zachęcają do powtórek, a operacja wenezuelska w oczach administracji potwierdziła skuteczność doktryny Monroe. Waszyngton pokazał, że ma wolę i narzędzia do rozciągania swojej mocarstwowej władzy. Choć kwestia Kanału Panamskiego czy Grenlandii może budzić uśmiech, to wspólnym mianownikiem jest tu narzucanie woli silniejszego. W najbliższym czasie na celowniku mogą znaleźć się Kuba lub Nikaragua. Ten agresywny kurs budzi uzasadniony niepokój w Europie. Państwa europejskie, choć nie mają interesu w bronieniu Maduro, obawiają się polityki faktów dokonanych. Jeśli Trump uzna, że agresywne pokazywanie muskułów jest zawsze skuteczne i bezkarne, to rządy na Starym Kontynencie mogą staną przed bardzo twardym orzechem do zgryzienia w kwestii wspomnianej zależnej od Danii Grenlandii. Będą musiały się zastanowić, jak zareagować, gdy podobne metody zostaną w przyszłości zastosowane wobec bezpośrednich sojuszników USA, których interesy rozminą się z wizją Waszyngtonu.

Rozmawiał Tomasz Walczak

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki