Wieczór wyborczy, który zmienił wszystko
23 października 2005 roku atmosfera w sztabach dwóch głównych kandydatów na prezydenta była skrajnie różna. Gdy ogłoszono oficjalne wyniki drugiej tury, w obozie Prawa i Sprawiedliwości zapanowała euforia. Lech Kaczyński, zdobywając 54,04% głosów, pokonał swojego rywala, na którego zagłosowało ponad milion osób mniej.
W swoim zwycięskim przemówieniu Lech Kaczyński zwrócił się do kontrkandydata: „Chciałbym zwrócić się do Donalda Tuska, który wspaniale walczył w tej kampanii, z wyrazami mojego najszczerszego szacunku i sympatii”. Jednak chwilę później padły słowa, które stały się symbolem tamtych wyborów i na lata zdefiniowały relacje na szczytach władzy. Zwracając się do swojego brata, prezesa PiS, powiedział: „Panie prezesie, melduję wykonanie zadania!”. Ten gest, odczytywany jako dowód podległości wobec Jarosława Kaczyńskiego, stał się jednym z najczęściej cytowanych momentów polskiej polityki po 1989 roku.
W tym samym czasie w Auli Głównej Politechniki Warszawskiej, gdzie mieścił się sztab Platformy Obywatelskiej, panował smutek i niedowierzanie. Donald Tusk, który jeszcze kilka tygodni wcześniej prowadził w sondażach, musiał uznać wyższość rywala. W krótkim wystąpieniu zwrócił się do swoich zwolenników i współpracowników: „Jeśli kogoś zawiodłem, wybaczcie!”.
To, co stało się później, dokładnie opisali Michał Majewski i Paweł Reszko w książce „Daleko od miłości”. Lider PO, nie chcąc publicznie okazywać emocji, odizolował się od otoczenia. Jak relacjonują autorzy, jego reakcja była natychmiastowa i jednoznaczna: „Chwilę potem zamknął się w jednym z pokoi na galerii auli, a dostęp do niego mieli jedynie zasępieni współpracownicy. [...] W wąskim gronie Tusk oswajał się z klęską. Podchodzili do niego kolejni współpracownicy, całując go w policzek”.
Ten obraz, lidera zamkniętego w pokoju, który w otoczeniu najbliższych ludzi przeżywa gorycz porażki, stał się symbolicznym początkiem jego głębokiej politycznej transformacji. Zmęczony lider opuścił budynek Politechniki dopiero wtedy, gdy aula całkowicie opustoszała.
Porażka jako katharsis. Narodziny „nowego” Tuska
Choć wieczór 23 października 2005 roku był dla Donalda Tuska momentem osobistej i politycznej klęski, z perspektywy czasu okazał się punktem zwrotnym w jego karierze. Świadkowie tamtych wydarzeń są zgodni – porażka fundamentalnie go zmieniła. Kazimierz Marcinkiewicz, premier w latach 2005-2006, opisywał w książce „Kulisy władzy”, że Tusk „przez wiele tygodni po przegranych wyborach wyglądał jak cień, jak przenicowany. Był strasznie wychudzony, agresywny”.
Poruszające słowa Kaczyńskiego o śmierci Łukasza Litewki. „Odszedł zbyt wcześnie”
Ta zewnętrzna zmiana była odbiciem głębokiej wewnętrznej transformacji. Jak mówi osoba z otoczenia Tuska w książce „Daleko od miłości”: „Prawda jest taka, że on wychodzi z kampanii odmieniony. Dochodzi do niego, że jeśli ma wygrywać, musi być bardziej bezwzględny i że w tej grze nie ma miejsca na słabość, sentyment”.
Ta lekcja brutalnej polityki sprawiła, że Donald Tusk, który w 2005 roku wciąż był postrzegany jako „marzyciel”, przekształcił się w pragmatycznego i twardego gracza. Porażka nauczyła go, że w starciu z tak zdeterminowanym przeciwnikiem, jakim było Prawo i Sprawiedliwość, szlachetność i unikanie konfrontacji prowadzą donikąd. To doświadczenie stało się fundamentem jego późniejszych sukcesów, w tym dwukrotnego zwycięstwa w wyborach parlamentarnych i objęcia funkcji premiera.
Poniżej galeria zdjęć: Tusk wyciągnął z marynarki prezent dla premier Islandii. "Mój ojciec je uwielbia"