Te zarzuty są straszne. Czemu nie poszedł z tym do prokuratury?!
"Super Express": — Mateusz Morawiecki atakuje pana w kontekście afery w Warszawskim Szpitalu Południowym. Czym pan tak mu podpadł?
Bartosz Arłukowicz: — Może tym, że mówię otwarcie o tym, co złego robił. Opowiadam o tym, jak przyjmował Antonowa z trefnymi maseczkami, bijąc brawo na lotnisku, a w tym czasie lekarze walczyli z wirusem, chorowali na COVID i niektórzy umierali. A Morawiecki w tym czasie razem z Cieszyńskim i Szumowskim ściągali do Polski lewe respiratory albo lewe maseczki.
— Dzisiaj pan Morawiecki i pan Cieszyński także rozliczają Koalicję Obywatelską z sytuacji w Szpitalu Południowym. Zgodzi się pan z tym, że to sytuacja patologiczna?
— Sprawę Szpitala Południowego dzielę na dwa etapy: do godziny 20:00 wczoraj i po 20:00 wczoraj.
— Dlaczego?
— Do wywiadu doktora Emila Jędrzejewskiego była to sprawa stricte polityczna, która zajmowała polityków, dziennikarzy i opinię publiczną. To naturalna sprawa w każdej demokracji i mogę się do niej odnosić, możemy do niej wracać, będę przedstawiał swoje opinie. Natomiast po godzinie 20:00 sytuacja się zmieniła, ponieważ redaktor Krzysztof Stanowski, zapraszając do siebie Emila Jędrzejewskiego, powziął wiedzę o tym, że w szpitalu, w którym pracował doktor Jędrzejewski, działy się rzeczy straszne i niewyobrażalne. Ta sprawa wymaga absolutnie pilnych działań prokuratury, służb, izby lekarskiej, NFZ-u, Ministra Zdrowia, może NIK-u i wszystkich innych instytucji kontrolnych w państwie, które powinny być już w pełnej gotowości i rozpoczynać akcję kontrolną.
— Minister Waldemar Żurek zapowiedział, że doktor Emil Jędrzejewski będzie przesłuchiwany przez śledczych. Natomiast mnie zastanawia jedna rzecz: dlaczego doktor Jędrzejewski, mając taką wiedzę, nie poszedł z nią do prokuratury?
— Mnie również ta rozmowa zaszokowała. Czekając na nią, po raz pierwszy oglądałem Kanał Zero, ponieważ zakładałem, że dowiem się, którzy politycy Koalicji Obywatelskiej korzystali ze specjalnego saloniku VIP, o którym pisano w artykułach. Oczekiwałem wyjaśnień pana doktora co do różnych niejasności dotyczących jego aktywności i sposobu zarabiania pieniędzy w Szpitalu Południowym. Nie sądziłem, że po tej rozmowie dowiem się, iż był on świadkiem – choć potem się tego wypierał – rzeczy strasznych na oddziale, na którym pracował doktor Kacprzyk. Podkreślam, że nie jestem adwokatem doktora Kacprzyka i uważam, że powinien ponieść wszystkie konsekwencje swoich działań. Ja jestem lekarzem od 1996 roku, a na oddziale onkologii dziecięcej przebywałem z kolegami już od 1992 roku – czyli od ponad 30 lat. Przez kilkanaście lat zajmowałem się zawodowo leczeniem nowotworów u dzieci: białaczek, chłoniaków, guzów mózgu. Cierpienie i śmierć towarzyszyły nam każdego dnia. Byliśmy z rodzicami, przechodziliśmy przez najtrudniejsze momenty i rozstań. W normalnej pracy lekarza każdego dnia rano odbywał się raport. Lekarz dyżurny zdawał relację całemu zespołowi z tego, co działo się w nocy – kto się gorzej poczuł, kto miał gorączkę czy inne powikłania. Jeśli prowadziliśmy reanimację, szczegółowo o tym opowiadaliśmy. I nie tylko ustnie – po każdym dyżurze pisałem i własnoręcznie podpisywałem raport pisemny. Wracając do Jędrzejewskiego: zastanawia mnie, dlaczego mając taką wiedzę i nie pracując w Szpitalu Południowym od września 2025 roku, czekał blisko rok, aż do czerwca 2026 r., żeby poinformować o tym świat w programie redaktora Stanowskiego. Jędrzejewski zarzucił, że ludzie umierali przez czyjeś zaniechania bądź błędy w sztuce medycznej. Jako lekarz musi on wiedzieć, że każdy, kto poweźmie wiedzę o śmierci w wyniku błędów medycznych, jest zobowiązany powiadomić o tym prokuraturę, przełożonych, dyrektora szpitala lub izbę lekarską albo właściciela szpitala. I to mnie szokuje.
— Czy pan podważa teraz wiarygodność doktora Jędrzejewskiego?
— W żaden sposób nie podważam jego wiarygodności, oczekuję tylko, że służby czym prędzej przystąpią do akcji. Zastanawiam się jedynie, co nim kierowało, że tak długo trzymał w tajemnicy tak straszne rzeczy.
– Jeśli miał wiedzę, a nie powiadomił odpowiednich organów, to jest to chyba łamanie prawa.
– Jeśli ktoś wie o śmierci spowodowanej błędem medycznym i nie zawiadamia prokuratury, podlega rygorowi Kodeksu karnego. Od wczoraj od 20:00 nie mówię już tylko jako polityk, ale jako doktor Bartek Arłukowicz i były minister zdrowia. Dziwię się, że pan doktor postanowił wysłać jakiegoś SMS-a do prezydenta Trzaskowskiego zamiast pójść do odpowiednich organów. Stanowski widział tego SMS-a, zdaje się, że nie było zarzutów, które padły na antenie. Te, które usłyszeliśmy, są potwornie ciężkie – oskarżył Kacprzyka o to, że ludzie umierali, bo on się dopiero uczył i popełniał błędy. Dlatego oczekuję od pani Minister Zdrowia rzetelnej kontroli merytorycznej przy pomocy konsultantów krajowych, wezwanych w trybie pilnym. Liczę, że prezes NFZ już wysłał kontrolę, aby sprawdzić, jak doktor Kasprzyk się tam znalazł i czy szpital właściwie to rozliczał. Także NIK, prokuratura i prezydent Trzaskowski powinni przeprowadzić rzetelne kontrole – uważam zresztą, że prezydent powinien skontrolować wszystkie szpitale w Warszawie.
— Czy ta sprawa będzie miała konsekwencje polityczne dla Koalicji Obywatelskiej, Rafała Trzaskowskiego i całej koalicji rządzącej?
— Oczywiście, że powinny być konsekwencje polityczne, ale po rozmowie Jędrzejewskiego ze Stanowskim trzeba powstrzymać się do czasu wstępnych wyników analizy prokuratury. Czym innym są zarzuty polityczne dotyczące zatrudnienia Kacprzyka i jego milionowej pensji – co mnie bulwersuje i za co poniósł już karę: został wyrzucony z pracy i z partii. Jednak po rozmowie w Kanale Zero sprawa wygląda zupełnie inaczej, bo padły zarzuty, że ktoś umarł. Mam nadzieję, że jeśli takie zdarzenia miały miejsce, szpital wszczął odpowiednią procedurę i powiadomił prokuraturę. Dziwię się, że doktor Jędrzejewski mając tak poważną wiedzę, czekał z tym aż rok. Dziwię się też dziennikarzom. Przez ostatni tydzień niemal 24 godziny na dobę zajmowaliśmy się tym, kto siedział w szarym foteliku na zdjęciu. Rozmawialiśmy o jakimś urojonym VIP-roomie. Oczekuję od redaktorów jasnej deklaracji: kto tam trafił? Jaką mają wiedzę na ten temat? Chcemy to rozliczyć.
Rozmawiała Kamila Biedrzycka