- Stany Zjednoczone wracają do polityki siły wobec Ameryki Łacińskiej, zastępując dyplomację presją, groźbami i sankcjami.
- Wenezuela stała się pokazowym przykładem nowej hegemonii USA i sygnałem ostrzegawczym dla całego regionu.
- Waszyngton wspiera ideologicznie bliskich sojuszników w regionie, nawet jeśli łamią prawo i podstawowe standardy demokratyczne.
- Demokracja i prawa człowieka schodzą na dalszy plan, gdy w grę wchodzą interesy USA, migracja i rywalizacja z Chinami oraz Rosją.
„Zachodnia półkula jest nasza”. USA wracają do polityki siły
„Super Express”: - Po brawurowej operacji usunięcia Nicolása Maduro, w oficjalnych komunikatach Waszyngton informował, że półkula zachodnia to „nasza półkula”. Czy w państwach Ameryki Południowej zapanował dziś realny strach przed powrotem do najmroczniejszych kart amerykańskiego imperializmu w tej części świata?
Bartłomiej Znojek: - Oznaki tego, że administracja Donalda Trumpa zamierza traktować półkulę zachodnią jako swoją wyłączną strefę wpływów, były czytelne jeszcze przed zaprzysiężeniem, kiedy zapowiedział on zamiar odzyskania Kanału Panamskiego. Sporo pokazała inauguracyjna podróż sekretarza stanu Marco Rubio, który zaczął od odwiedzenia kilku państw Ameryki Środkowej (w tym Panamy) i Dominikany, wysyłając jasny komunikat o rewizji dotychczasowego podejścia. W regionie szybko rosło przekonanie, że era partnerskiej współpracy i dyplomacji dobiegła końca, a USA będzie sięgać po presję i szantaż, jeżeli tylko pomoże im to w realizacji swoich interesów w Ameryce Łacińskiej.
- Kto ma najwięcej powodów do obaw?
- Najgłośniej te obawy artykułują liderzy lewicowi: prezydent Kolumbii Gustavo Petro, prezydent Brazylii Lula da Silva oraz meksykańska prezydent Claudia Sheinbaum. Szczególnie pouczający, a wręcz brutalny w swojej wymowie, był przypadek Petro już w styczniu ubiegłego roku. Gdy próbował on stawić opór amerykańskim lotom deportacyjnym i wdał się w słowną sprzeczkę z Trumpem w mediach społecznościowych, został błyskawicznie sprowadzony do pionu. Amerykanie nie bawili się w kurtuazję – groźba sankcji ekonomicznych i anulowania wiz dla kolumbijskich elit wystarczyła, by osiągnąć swój cel. Brazylia, obserwując ten pokaz siły, wolała powstrzymać się od podobnej krytyki. Państwo to jednak szczególnie przywiązuje wagę do wizji Ameryki Południowej jako obszaru pokoju, wolnego od zewnętrznych ingerencji, dlatego otwarcie krytykowało rozmieszczenie sił USA na Karaibach i działania wojskowe w tym regionie.
Wenezuela jako poligon nowej hegemonii USA
- Czy Wenezuela jest poligonem doświadczalnym dla tej strategii?
- Nagromadzenie sił USA na Karaibach, presja na reżim i wreszcie zbrojne pojmanie Maduro to kolejne odsłony metod i środków, po które administracja Trumpa jest gotowa sięgać, żeby realizować swoje hegemoniczne dążenia w regionie. W tekście, który napisałem na początku zeszłego roku, użyłem terminu „brutalizacja polityki” Stanów Zjednoczonych wobec Ameryki Łacińskiej.
Wydarzenia w Caracas są jak dotąd najdrastyczniejszą realizacją tego paradygmatu. Amerykanie wysyłają sygnał do całego świata: „zachodnia półkula jest nasza” i „zrobimy wszystko, żeby odzyskać nad nią kontrolę”. Próbują w ten sposób także wypychać z regionu konkurentów gospodarczych i adwersarzy politycznych, którzy wykorzystali lata mniejszego zainteresowania USA tą częścią świata. Mowa tu przede wszystkim o Chinach, ale też o Rosji czy Iranie. Te działania dotyczą jednak też Unii Europejskiej, która próbuje kreować się na ważnego strategicznego i wiarygodnego partnera państw Ameryki Łacińskiej.
- Zaraz po ataku na Wenezuelę wskazywano, że kolejnymi państwami Ameryki Łacińskiej, które powinny obawiać się interwencjonizmu Trump są Kuba czy Nikaragua. Słusznie?
- Kubański reżim od lat jest zależny od dostaw wenezuelskiej ropy. Choć niedawno Meksyk wyprzedził Wenezuelę jako główny dostawca surowca na wyspę, to odcięcie Hawany od wenezuelskich zasobów za sprawą obecnych działań USA, może skomplikować sytuację reżimu. Tam i tak wytrzymałość społeczeństwa wisi na włosku m.in. przez nawracające kryzysy energetyczne.
Nie wiadomo co w przypadku Nikaragui, rządzonej przez autorytarne małżeństwo Daniela Ortegi i Rosario Murillo. To państwo jest ważne dla USA choćby z punktu widzenia blokowania nieuregulowanej migracji, więc administracja może chcieć wymusić współpracę w tej sferze, jako cenę dalszego funkcjonowania reżimu. Warto jednak zaznaczyć, że dla Trumpa interwencja w Caracas miała ważny wymiar symboliczny i ambicjonalny. Podczas swojej pierwszej prezydentury poniósł porażkę, kiedy bezskutecznie próbował doprowadzić do odsunięcia Maduro od władzy. Pojmanie przywódcy wenezuelskiego reżimu, to był jakiś sposób załatwienia osobistych porachunków.
- Jednak nie wszyscy w regionie patrzą na Waszyngton z przerażeniem. Javier Milei w Argentynie czy Nayib Bukele w Salwadorze to sojusznicy, którzy dogadali się z Trumpem i mogą, jak Milei, liczyć na amerykańskie wsparcie w utrzymaniu władzy.
- Rzeczywiście, dynamika polityczna w regionie wyjątkowo sprzyja administracji Trumpa. Obserwujemy trend przejmowania władzy w kolejnych państwach przez polityków konserwatywnych, którzy nie tylko są proamerykańscy, ale niektórzy wręcz definiują się jako ideowi bracia Trumpa. Najjaśniejszą gwiazdą tej konstelacji jest Milei, który ma świeży dług wdzięczności u prezydenta USA, którego finansowe i polityczne wsparcie pomogło argentyńskiemu prezydentowi odbić się w spadających sondażach i odnieść sukces w ważnych wyborach połówkowych do parlamentu w październiku ub.r.
Tuż obok niego stoi Bukele, który dla Trumpa stał się modelowym partnerem. Bukele dostarcza to, czego Trump potrzebuje najbardziej: twardych dowodów na skuteczność metod „twardej ręki” w walce z przestępczością zorganizowaną oraz ścisłej współpracy w odstraszaniu nieuregulowanej migracji. Wpływy Waszyngtonu są jednak znacznie bardziej wielowymiarowe i wiążą się z prymatem interesów nad wartościami .
Prawicowa fala w Ameryce Łacińskiej gra na korzyść Trumpa
- Co ma pan na myśli?
- Spójrzmy na grudniowe wybory prezydenckie w Hondurasie. Trump nie tylko wsparł tam konserwatywnego Nasry’ego Asfurę z Partii Narodowej, ale by przeważyć szalę zwycięstwa, uwolnił z więzienia (związanego z tą samą partią), byłego prezydenta Juana Orlando Hernándeza. Co istotne, Hernández odsiadywał wyrok kilkudziesięciu lat za przemyt narkotyków do USA, czyli przestępstwo, które były podstawą ścigania Maduro. To pokazuje, że w nowej polityce USA liczy się przede wszystkim to, czy dany partner jest ideologicznie bliski lub przydatny USA, a nie czy działa zgodnie z prawem.
Prawica przejęła niedawno władzę w Boliwii. W Chile władzę w marcu przejmie radykalny konserwatysta José Antonio Kast, a przed nami kluczowe wybory w Kolumbii i Brazylii. Spodziewam się, że w obu państwach Trump znowu jawnie poprze kandydatów, których uzna za sojuszników. Zresztą Brazylia w połowie zeszłego roku już mocno odczuła jego ingerencję w obronę byłego prezydenta Jaira Bolsonaro, sądzonego za próbę zamachu stanu. Administracja USA nałożyła wtedy sankcje na sędziów, zajmujących się sprawą i karne cła na brazylijskie towary. Później udało się częściowo uspokoić napięte relacje, ale to w mojej ocenie cisza przed burzą.
Dlaczego USA wybierają dialog z wenezuelskim reżimem?
- Wracając do samej Wenezueli i przyszłości politycznej tego kraju, Trump na razie stawia na próbę dogadania się z reżimem. Na razie na jego wsparcie nie może liczyć zeszłoroczna noblistka i twarz demokratycznej opozycji Maria Corina Machado. To wyraz pragmatyzmu ekipy Trumpa?
- To złożona sprawa i sporo tu spekulacji. Możemy doszukiwać się tu wątków osobistych – Trump po prostu nie zniósł tego, że to Machado, a nie on, otrzymała Nagrodę Nobla. Jednak fundament tej decyzji jest też głęboko osadzony w realizmie politycznym. Machado, mimo gigantycznego poparcia społecznego, nie kontroluje armii ani aparatu przymusu. Administracja Trumpa argumentuje, że dialog z reżimem jest niezbędny, żeby zapewnić stabilizację. Pewnie jednak też uważa, że z osłabionymi niedemokratycznymi władzami Wenezueli, przypartymi do ściany, po prostu USA zmaksymalizuje korzyści biznesowe na miejscu.
- Jakby wyciągnął lekcję z Iraku, gdzie Bush zaraz po obaleniu Husajna zdelegalizował reżimową partię Baas.
- Nie jestem ekspertem od Iraku, więc trudno mi to porównywać. Z Delcy Rodríguez, która pełni obowiązki prezydenta Wenezueli po uprowadzeniu Maduro na pewno łatwiej wynegocjować twarde koncesje naftowe niż z demokratyczną opozycją, która jest w ogóle mocno podzielona. Rodriguez na pewno zależy na tym, żeby uchronić siebie i innych członków kierownictwa reżimu przed losem Maduro, odpowiedzialnością karną czy utratą korzyści majątkowych. Machado starała się dostosować do reguł gry administracji Trumpa, stosując retorykę i metody, które przypominały choćby działania Ukrainy. Promowała wizję ogromnych możliwości dla amerykańskiego biznesu, jeżeli USA pomogą przywrócić w Wenezueli demokrację. W swoich próbach dogodzenia Trumpowi i uzyskaniu jego przychylności nawet ocierała się o upokorzenie, kiedy dedykowała jemu Nagrodę Nobla, a ostatnio nawet dopuściła jej przekazanie prezydentowi USA.
- Nie udało się.
- Tak, bo Waszyngton wybrał siłę i struktury, które już istnieją. Delcy ale też chyba jej brat Jorge, przewodniczący parlamentu, są postrzegani jako partnerzy rzeczowi, mimo że Jorge Rodriguez osobiście odpowiada za błąd taktyczny, jakim było dopuszczenie do wyborów w 2024 roku, co obnażyło jak niepopularny jest Maduro. Wenezuelscy znawcy krajowych realiów, w tym funkcjonowania kierownictwa reżimu zaprzeczają jednak ugodowemu wizerunkowi Delcy, jaki wyraźnie ma wśród członków administracji Trumpa.
Głód, strach i represje. Codzienność Wenezuelczyków po interwencji Trumpa
- Mówimy o elitach reżimu, a jak w tym wszystkim odnajdują się zwykli Wenezuelczycy? Był pan na miejscu przed wyborami prezydenckimi w 2024 r., które powszechnie uznano za sfałszowane.
- Byłem w Caracas przez kilka dni poprzedzających głosowanie 28 lipca – zarówno obraz jaki widziałem i historie jakie usłyszałem, były wstrząsające. W tamtym momencie np. postój samochodu na parkingu w centrum handlowym kosztował 4 dolary, a tyle wtedy wynosiła minimalna miesięczna pensja w sektorze publicznym. Kiedy Trump rozpoczął swoją prezydenturę wenezuelski boliwar osłabł tak, że ta pensja w przeliczeniu wynosiła już tylko jeden dolar. To system, który trzyma społeczeństwo w uścisku poprzez głód i reglamentację pomocy. I mimo tej nędzy, reżim wciąż posiada sporą bazę poparcia.
- Dlaczego?
- Są ludzie, którzy pamiętają czasy Hugo Cháveza i są mu wdzięczni choćby za otrzymane mieszkania – widziałem te bloki, stanowiące jaskrawy kontrast z podupadającym otoczeniem. W telewizji, gdzie dostępne były tylko kanały prorządowe łatwo było trafić na świadectwa szczęśliwców, których los się poprawił, za sprawą legendarnego przywódcy. Rządzący od ponad dekady Maduro nie miał charyzmy Cháveza. Pogarszająca się sytuacja wypchnęła z kraju ponad 8 mln Wenezuelczyków i rozdzieliła mnóstwo rodzin.
Trwałość reżimu zwłaszcza po faktycznej przegranej Maduro w sfałszowanych wyborach 2024 r. opierała się głównie na strachu i karabinach. Tego pilnuje dotąd dwóch ludzi. Pierwszy to dawny towarzysz broni Cháveza, Diosdado Cabello, minister spraw wewnętrznych, sprawiedliwości i pokoju, odpowiedzialny za policję, służby i tzw. colectivos – uzbrojone bojówki na motocyklach, których rajdy widziałem na ulicach Caracas. Drugi to Vladimir Padrino, minister obrony, stojący na czele wojska – najważniejszego elementu trwałości reżimu.
- Interwencja Amerykanów coś zmieniła w brutalności reżimu wobec Wenezuelczyków?
- Na razie widzimy wzmożenie represji. Reżim chce pokazać, że zmiana na szczycie nie oznacza słabości. W więzieniach przebywa ponad 900 więźniów politycznych, w tym obywatele USA. Administracja Trumpa deklaruje, że chce przywrócenia demokracji w Wenezueli, ale nie spieszy się z tym ani nie zdradza, jaki ma szczegółowy plan. Na razie miała postawić twarde warunki Delcy Rodriguez: m.in. pozbycie się agentów z Rosji, Chin i Iranu oraz przekazanie USA bezterminowej kontroli nad sprzedażą części wenezuelskiej ropy.
Spodziewam się, że jakiś proces demokratyzacji nastąpi, ale Trump będzie pewnie chciał wymusić na opozycji akceptację dla amnestii dla tych ludzi reżimu, którzy podporządkują się teraz żądaniom USA. Jego administracja ewidentnie chce uniknąć potencjalnych kosztów fizycznej okupacji i długotrwałej obecności wojskowej w Wenezueli. Woli stosować szantaż, wymuszanie i groźby, ale nie wiadomo jak ten eksperyment zdalnego sterowania państwem się uda. Wiarygodność lokalnej armii została poważnie osłabiona, bo nie potrafiła zapobiec amerykańskiej operacji. Widać, że nacisk USA na zapewnienie stabilizacji i porządku sprawia, że nie mówią one np. o konieczności likwidacji aparatu przymusu i represji. To brutalny porządek, dobrze znany z przeszłości relacji USA z Ameryką Łacińską, gdzie interesy tego państwa znaczą więcej niż np. los więźniów politycznych.
Rozmawiał Tomasz Walczak