- Szef BBN Bartosz Grodecki zwrócił się do Marcina Kierwińskiego o informacje w sprawie działań służb dotyczących Telewizji Republika.
- Sprawa ma związek z interwencją policji w mieszkaniu Tomasza Sakiewicza.
- Telewizja Republika informowała o fałszywych zgłoszeniach dotyczących osób związanych ze stacją.
- Policja tłumaczyła, że musiała reagować na zgłoszenia mogące dotyczyć zagrożenia życia i zdrowia.
- Zatrzymany wcześniej 53-latek został zwolniony i ma otrzymać status pokrzywdzonego, bo jego dane miały zostać wykorzystane bez jego wiedzy.
BBN pisze do Kierwińskiego. Chodzi o działania służb wobec Republiki
Biuro Bezpieczeństwa Narodowego włącza się w sprawę interwencji policyjnych dotyczących osób związanych z Telewizją Republiką. W poniedziałek BBN poinformowało, że szef Biura Bartosz Grodecki skierował pismo do ministra spraw wewnętrznych i administracji Marcina Kierwińskiego. Chodzi o przekazanie szczegółowych informacji na temat działań służb podległych MSWiA.
Nowy zwrot po śmierci Łukasza Litewki. Jest ważna opinia biegłego
Według komunikatu BBN sprawa dotyczy „serii zdarzeń wymierzonych w dziennikarzy i redakcję Telewizji Republika”. To bezpośrednie nawiązanie do wydarzeń z ostatnich dni, w tym do interwencji policji w mieszkaniu redaktora naczelnego stacji Tomasza Sakiewicza.
Dla BBN sprawa ma wymiar szerszy niż pojedyncza policyjna interwencja. W tle pojawia się bowiem pytanie, czy mamy do czynienia jedynie z serią fałszywych alarmów, czy z działaniami wymierzonymi w konkretne środowisko medialne.
Interwencja u Sakiewicza. Tak zaczęła się sprawa
Telewizja Republika poinformowała w piątek, że policja pojawiła się w mieszkaniu Tomasza Sakiewicza. Według relacji stacji miało to być jedno z kilku zdarzeń związanych z fałszywymi zgłoszeniami kierowanymi do służb. Zgłoszenia miały dotyczyć rzekomego zagrożenia życia, prób targnięcia się na życie albo informacji o niebezpiecznych przedmiotach w mieszkaniach osób związanych z Republiką.
Sam Sakiewicz relacjonował na antenie, że policja weszła do jego domu i skuła jego asystentkę. Sprawa natychmiast wywołała polityczne i medialne emocje, bo dotyczyła nie tylko działania służb, ale też bezpieczeństwa dziennikarzy i granic reakcji państwa na zgłoszenia alarmowe.
Policja od początku podkreślała jednak, że przy tego typu informacjach funkcjonariusze muszą działać szybko. Gdy zgłoszenie dotyczy możliwego zagrożenia życia lub zdrowia, służby nie mogą go zignorować, nawet jeśli później okaże się fałszywe.
Fałszywe alarmy i zatrzymanie 53-latka. Potem nastąpił zwrot
Jeszcze w piątek policja zatrzymała 53-letniego mężczyznę, który początkowo mógł mieć związek z fałszywymi zgłoszeniami. Szybko okazało się jednak, że sprawa jest bardziej skomplikowana. W niedzielę stołeczna policja przekazała, że mężczyzna został zwolniony i ma otrzymać status pokrzywdzonego. Powód? Według ustaleń śledczych ktoś miał wykorzystać jego dane oraz adres e-mail do wysyłania fałszywych wiadomości.
Ten wątek jest ważny, bo pokazuje, że sprawa może dotyczyć nie tylko pojedynczego zgłoszenia, ale także podszywania się pod inną osobę. Jeśli potwierdzą się ustalenia policji, oznaczałoby to, że ktoś świadomie wykorzystał cudze dane, aby uruchomić reakcję służb.
To dlatego pismo BBN do MSWiA może mieć znaczenie polityczne. Chodzi już nie tylko o pytanie, czy policja działała prawidłowo podczas konkretnej interwencji, ale także o to, czy państwo potrafi rozpoznać i przeciąć mechanizm fałszywych alarmów wymierzonych w konkretne osoby lub redakcję.
MSWiA broni działań policji
Do sprawy odnosili się przedstawiciele Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Wiceszef MSWiA Czesław Mroczek oceniał w Tok FM, że działania policji były prawidłowe. Podobnie wypowiadał się wiceminister Wiesław Szczepański, który w Radiowej Jedynce przypominał, że w przypadku zgłoszeń dotyczących zagrożenia życia policja ma obowiązek interweniować.
To stanowisko pokazuje drugą stronę sporu. Z perspektywy służb każde zgłoszenie o możliwym zagrożeniu życia musi zostać potraktowane poważnie. Z perspektywy osób, których dotyczą fałszywe alarmy, problemem jest jednak to, że takie zgłoszenia mogą stać się narzędziem nękania i paraliżowania normalnego funkcjonowania.
Właśnie na tym napięciu opiera się cała sprawa: między koniecznością błyskawicznej reakcji policji a ryzykiem, że ktoś wykorzystuje procedury bezpieczeństwa przeciwko konkretnym osobom.
Grodecki wcześniej zapowiadał reakcję
Szef BBN Bartosz Grodecki już wcześniej sygnalizował, że będzie domagał się wyjaśnień. Po doniesieniach o interwencji w mieszkaniu Sakiewicza zapowiedział wystąpienie do ministra spraw wewnętrznych i administracji. Pisał wtedy, że „nie ma zgody na ograniczenia wolności i słowa i paraliżowanie pracy niezależnych mediów w Polsce”.
Teraz zapowiedź przybrała formalny kształt. Pismo do Marcina Kierwińskiego oznacza, że sprawa nie zostanie zamknięta jedynie na poziomie policyjnych komunikatów i medialnych relacji. BBN oczekuje szczegółowych danych o działaniach służb, a to może otworzyć kolejny etap politycznej dyskusji o bezpieczeństwie mediów i odpowiedzialności państwa za reakcję na fałszywe zgłoszenia.
Sprawa Republiki robi się polityczna
Interwencja w mieszkaniu Tomasza Sakiewicza od początku miała duży ładunek polityczny. Telewizja Republika przedstawia sprawę jako element szerszej serii działań wymierzonych w dziennikarzy i pracowników stacji. Policja odpowiada, że reagowała na zgłoszenia dotyczące potencjalnego zagrożenia życia i zdrowia. MSWiA broni funkcjonariuszy, a BBN żąda szczegółowych informacji.
W praktyce sprawa dotyka kilku tematów naraz: bezpieczeństwa dziennikarzy, fałszywych alarmów, odpowiedzialności służb, ochrony danych osobowych i politycznego napięcia wokół mediów. Każdy z tych wątków może wrócić, gdy MSWiA odpowie na pismo szefa BBN. Po reakcji Bartosza Grodeckiego sprawa interwencji u Sakiewicza wychodzi poza samą relację jednej stacji i staje się tematem na poziomie instytucji państwowych.