Adam Traczyk: Obywatele UE muszą czuć, że wspólnota poprawia ich los

2018-12-18 13:56

- Mimo niezwykłej i przynajmniej częściowo skutecznej mobilizacji społecznej na rzecz obrony zasad praworządności i wartości europejskich, wielu Polaków patrzy na Unię Europejską bez większych emocji, a członkostwo w niej popiera bez entuzjazmu, bo uważa, że ekonomicznie się Polsce opłaca – mówi Adam Traczyk, prezes fundacji Global.Lab

Adam Traczyk

i

Autor: Jerzy Dziedziczak/ Archiwum prywatne

„Super Express”: - Global.Lab przygotował raport na temat naszej obecności w Unii Europejskiej. Zajmujecie się w nim przede wszystkim poszukiwaniem nowych impulsów do wzmacniania w Polakach poczucia potrzeby obecności naszego kraju we Wspólnocie. Dlaczego, według was, miażdżące poparcie dla UE wśród Polaków jest jedynie powierzchowne i grozi zapaścią?
Adam Traczyk: - Wskazują na to liczne sondaże i badania, m.in. te, które przeprowadziliśmy na potrzeby naszego raportu. Mimo niezwykłej i przynajmniej częściowo skutecznej mobilizacji społecznej na rzecz obrony zasad praworządności i wartości europejskich, wielu Polaków patrzy na Unię Europejską bez większych emocji, a członkostwo w niej popiera bez entuzjazmu, bo uważa, że ekonomicznie się Polsce opłaca. Niedawny Europejski Sondaż Wartości wskazuje nawet, że więcej Polaków nie ufa Unii niż jej ufa. To oraz dość powszechna w Polsce niechęć do pogłębienia integracji powinno być sygnałem ostrzegawczym.
- Zwracacie uwagę, że europejska narracja zarówno PO i PiS – mimo zasadniczej różnicy w retoryce – jest taka sama i sprowadza się do podkreślania ekonomicznych aspektów obecności w UE. Takie stawianie sprawy, waszym zdaniem, nie wystarczy. Czemu?
- Rzeczywiście, gdy odłożymy na bok kwestie retoryki i konflikt z instytucjami europejskimi wynikający z radykalnej agendy PiS w sprawach wewnętrznych, zauważymy, że PO i PiS prowadzą w Brukseli dość podobną politykę. Co więcej, nie chodzi tylko przywiązanie do kwestii ekonomicznych – tu PiS stara się bagatelizować znaczenie funduszy europejskich, bo te kojarzą się raczej polityką PO – ale o wspieranie przez obydwie opcje neoliberalnej wizji integracji opartej przede wszystkim na 4 swobodach rynku wewnętrznego. Było to szczególnie widoczne, gdy ważyły się losy dyrektywy dotyczącej pracowników delegowanych.
- Czym się konkretnie to wtedy objawiło?
- Jej nowelizacja, choć niekorzystna dla części przedsiębiorców, lepiej chroni interesy i prawa pracowników. Mimo to ani rząd, ani centrowa opozycja nie podjęły tego wątku i jednym głosem konsekwentnie krytykowały reformę. PiS i PO świetnie odnajdują się też w roli „hamulcowego” i prześcigają się w licytacji, kto robi to skuteczniej. Gdy kilka dni temu przywódcy europejscy podjęli decyzję o ustanowieniu odrębnego budżetu strefy euro, politycy PO krytykowali rząd, że nie „hamował” tej reformy wystarczająco skutecznie. Tymczasem strefa euro desperacko potrzebuje mechanizmów stabilizujących. Stworzenie odrębnego budżetu jest ku temu pierwszym niezbędnym krokiem. Nie chodzi więc tyle o skupienie się na kwestiach ekonomicznych, co wspieranie logiki integracji, która jest źródłem kryzysu Unii. Tymczasem coraz wyraźniej widać, że Europa potrzebuje polityki ekonomicznej opartej na wartościach wymienionych w art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej. Ten mówi nie tylko o zasadach praworządności i demokracji, ale także o solidarności.
- Świat zmierza w kierunku wielobiegunowego, w którym pierwsze skrzypce będą grały kraje-hegemonii. By liczyć się w świecie zdominowanym przez Chiny, USA, wschodzące Indie czy mimo wszystko Rosję, trudno będzie pojedynczym krajom Europy grać solo. Pytanie więc, czy UE jako organizm oparty przede wszystkim na więzach ekonomicznych będzie się w nim liczyć?
- W różnych zakątkach Europy trwają dyskusje o roli UE na globalnej szachownicy, wysuwane są pomysły strategicznej autonomii. W mojej ocenie, powinniśmy zacząć zupełnie od drugiej strony. Dziś kwestie ekonomiczne i społeczne dzielą Europę na osi północ-południe, za sprawą łamania zasad praworządności w Polsce i na Węgrzech powraca podział na wschód i zachód. To sprawia, że Europa jest niezdolna mówić jednym głosem na arenie międzynarodowej. Powinniśmy więc w pierwszej kolejności zadbać o to, żeby jak najwięcej obywateli UE czuło, że trwanie wspólnoty poprawia ich los, a proeuropejscy politycy potrafią zadbać o ich interesy. Dziś niestety daleko nam do tego stanu, czego przykładem są sukcesy wyborcze populistów i nacjonalistów w wielu krajach unijnych. Dopiero, gdy przezwyciężymy problemy wewnętrzne Unii, będziemy mogli w pełni wykorzystać potencjał całej wspólnoty w polityce międzynarodowej.
- Podkreślacie, że trzeba pokazać Polakom korzyści z głębszej integracji europejskiej. Ta głębia oznacza integrację polityczną i zmniejszanie roli państw narodowych. Już Tony Judt zwracał uwagę, że ich erozja, zwłaszcza w naszej części UE jest zwykłą mrzonką, choćby ze względów historycznych i względnie świeżego odzyskania suwerenności politycznej. Czy ten sceptycyzm jest do przezwyciężenia?
- Nie chcemy zastępować państw narodowych. Jeszcze długo pozostaną one nie tylko najważniejszym narzędziem redystrybucji, ale i przede wszystkim demokratycznego kształtowania polityki. Jednak coraz więcej wyzwań dotyczących każdego z nas powstaje na poziomie ponadnarodowym – za sprawa globalizacji, migracji, czy zmian klimatu. Ta erozja będzie więc postępować, czy tego chcemy, czy nie.
- Jak w tej sytuacji ma się odnaleźć UE?
- Aby zadbać o interesy wszystkich obywateli, musimy zadbać o odpowiednie rozwiązania na poziomie europejskim. Dziś często mamy do czynienia z procesem potęgującym wyzwania, a nie oferującym mechanizmów wyrównawczych. Przykładowo, przenieśliśmy na poziom wspólnotowy decyzje co do zawierania umów handlowych z państwami trzecimi. Jednocześnie nie stworzyliśmy instrumentów, które wyrównywałyby ich skutki – a przecież liberalizacja handlu niesie różne skutki dla poszczególne państwa, regiony, branże czy grupy społeczne. Dlatego proponujemy, aby stopniowo wprowadzać rozwiązania, które pozwolą rozłożyć odpowiedzialność pomiędzy państwa narodowe i wspólnotę europejską.
- Zwracacie uwagę, że jedną z konieczności będzie przystąpienia do strefy euro, bo ona będzie jądrem integracji. Sami zauważacie, że niechęć do wspólnej waluty jest w Polsce dominująca. Dość zresztą słusznie, bo w obecnej formie euro jest większym zagrożeniem ekonomicznym niż zyskiem politycznym. Reforma euro wymaga niepopularnych decyzji politycznych, w tym integracji fiskalnej, którą łatwo skwitować jako odbieranie suwerenności. Jest sens to rozwiązanie forsować?
- Długofalowo przystąpienie do strefy euro może okazać się być po prostu polityczną koniecznością. Po brexicie – o ile ostatecznie do niego dojdzie – 85 proc. potencjału gospodarczego UE znajdzie się w strefie euro, tam skupione będzie centrum decyzyjne UE. Do tego chęć do przystąpienia zgłosiła Rumunia, a na Węgrzech utrzymuje się wysokie poparcie społeczne dla ewentualnego przyjęcia wspólnej waluty. Nie chcąc pozostać na marginesie, trzeba będzie kiedyś przystąpić do eurolandu. Nie chodzi jednak o to, aby dziś forsować jak najszybsze przyjęcie euro.
- A o co chodzi?
- Powinniśmy wspierać proces niezbędnych reform tak, aby wzmocnić stabilność wspólnego obszaru walutowego. Wówczas będziemy mogli przystąpić do strefy euro bez ryzyka. Tymczasem, przedstawiciele rządu często mówią, że interesuje ich stabilna i bardziej zrównoważona strefa euro, gdy jednak na stole pojawiają się pewne rozwiązania – jak wspomniany odrębny budżet – starają się je za wszelką cenę zablokować. To polityczna schizofrenia.
- Podkreślacie, że w narracjach o UE trzeba położyć nacisk na Europę solidarną, prospołeczną i dążyć do takich rozwiązań. W kraju, który sceptycznie – zwłaszcza wśród kształtujących opinie publiczną elit politycznych i biznesowych – podchodzi do kwestii socjalnych, taka narracja jest do sprzedania?
- Jesteśmy przekonani, że tak. Wielu z naszych rodaków ma doświadczenie życia w innych państwach UE i oczekuje podobnego standardu życia także w Polsce. Premier Morawiecki mówiąc że „Europa to poziom życia, nie obyczajowe eksperymenty”, zwraca się właśnie do tej grupy wyborców. Tylko, że oferuje rozwiązania na poziomie krajowym, a my proponujemy przeniesienie przynajmniej części kompetencji na poziom europejski. Do tego jesteśmy już po doświadczeniu wprowadzenia programu 500 plus i nasze społeczeństwo przywykło już do wyobrażenia, że można od państwa czegoś oczekiwać. Dlaczego więc nie mielibyśmy podobnych oczekiwań zgłaszać wobec Unii Europejskiej?
- Jakie rozwiązania mogą być atrakcyjne dla Polaków? Jakie będą tak samo nośne jak podkreślane od rozmów akcesyjnych opowieści o rzece pieniędzy z Brukseli?
- Tej historii nie da się powtórzyć, bo Polska jest na zupełnie innym poziomie rozwoju. Zresztą dlatego też fundusze strukturalne kierowane do Polski będą coraz mniejsze. Dziś potrzebujemy europejskiej solidarności na bardziej ludzkim, indywidualnym poziomie. Tak aby każdy obywatel i obywatelka na własnej skórze mogli odczuć, że Unia o nią czy niego dba. Nasza propozycja to Europejska Karta Wolnego Czasu. Dzięki niej każdy Europejczyk dysponowałby kreśloną kwotą, którą mógłby przeznaczyć towary lub usługi związane z kulturą czy rekreacją na terenie całej UE. Byłaby to taka sama kwota niezależnie od państwa pochodzenia, co dodatkowo wzmacniałoby to poczucie równości i wspólnoty wszystkich obywateli UE. Byłby to pierwszy krok ku socjalnej i solidarnej Unii Europejskiej.
Rozmawiał Tomasz Walczak

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki