Super Express: Za kogo pan trzyma kciuki w wyborach parlamentarnych na Węgrzech, które już 12 kwietnia?
Jerzy Marek Nowakowski: Jednak za Petera Magyara, czyli za TISZĘ, mimo że znam Victora Orbana od kilkudziesięciu lat. Zmiana partii rządzącej na Węgrzech jest potrzebna, bo inaczej zaczną grzęznąć w modelu autorytarnym, który będzie groźny nawet dla „demokracji suwerennej” jak to nazywa Orban. Nie mówiąc o tym, że jego polityka, szczególnie wobec Rosji, jest polityką głęboko sprzeczną z interesami Polski.
- I jak w tym kontekście ocenia pan ostatnią wizytę Karola Nawrockiego w Budapeszcie? Da się ją interpretować inaczej niż wsparcie wyborcze dla Orbana na ostatniej prostej?
- Nie da się. Tego się zasadniczo nie robi w ogóle w dyplomacji, ale za chwilę w jeszcze ostrzejszej wersji zrobią to Amerykanie, bo zdaje się, że dosłownie kilka dni przed wyborami na Węgry wybiera się J.D.Vance żeby poprzeć Orbana.
- A wcześniej zrobił to już sam Donald Trump.
- Tak, choć robi się tak naprawdę w szczególnych przypadkach, kiedy chodzi o bardzo bliskiego przyjaciela czy politycznego sojusznika, wtedy, choć niezwykle rzadko, takie gesty się wykonuje. Natomiast wizyta Karola Nawrockiego ma kilka elementów, które, szczerze mówiąc, jeżą włos na głowie. Po pierwsze dlatego, że to delikt konstytucyjny.
- Aż tak?
- No tak, bo zgodnie z konstytucją, która jest tu absolutnie jednoznaczna, politykę zagraniczną państwa prowadzi Rada Ministrów. A wizyta prezydenta na Węgrzech, rozmowy z Victorem Orbanem odbyły się wbrew opinii rządu, bez konsultacji z nim i co więcej kanceliści pana prezydenta byli uprzejmi powiedzieć, że Kancelaria Prezydenta prowadzi przecież własną politykę zagraniczną i rządowi od tego wara.
- A nie może tego robić.
- Nie ma do tego najmniejszego prawa. Konstytucja jasno mówi kto kształtuje politykę zagraniczną: rząd. Koniec kropka. Punkt drugi całej tej historii jest taki, że mamy tu ingerencję w proces wyborczy w innym kraju. A punkt trzeci to fakt, że wizyta prezydenta na Węgrzech odbyła się w sytuacji, w której Węgry wykonały gest, jak to się mawia w dyplomacji, nieprzyjazny wobec Polski. Udzieliły dwóm oskarżonym przez polską prokuraturę politykom azylu politycznego, które oznacza publiczne powiedzenie przed całym światem, że kraj, z którego te osoby pochodzą jest niedemokratyczny i nie gwarantuje jakichkolwiek wolności. (…) Azyl polityczny jest gestem nieprzyjaznym, to powiedzenie, że jest to jakiś wredny reżim, który gnębi swoich obywateli. Takie rzeczy w ramach sojuszniczych właściwie się nie zdarzają.
- Czyli możemy postawić tezę, że Węgry są obecnie krajem Polsce nieprzyjaznym?
- Tak. Do tego dochodzi blokada pieniędzy w dwóch elementach, z którego pierwszym jest blokada wsparcia dla Ukrainy. Pamiętajmy, że z punktu widzenia polskiego interesu narodowego obrona Ukrainy jest sprawą absolutnie priorytetową. Jeśli bowiem się nie obroni, to w Przemyślu, w którym spotkali się prezydenci Polski i Węgier trzeba będzie postawić zasieki, bo po drugiej stronie będą czekać sołdaci Putina. Element drugi: Węgry blokują 2 mld euro dla Polski, które są zwrotem pieniędzy, które wyłożyliśmy na broń przekazywaną Ukrainie. To jest gest czystej złośliwości.
- I na takie Węgry udaje się Karol Nawrocki twierdząc, że jest politykiem skrajnie antyputinowskim, a jednocześnie wspiera kandydata skrajnie proputinowskiego. Nie brakuje tu panu jakiejś elementarnej logiki?
- To jest komunikat do społeczności międzynarodowej. Do otoczenia politycznego, w którym pan prezydent czuje się dobrze, czyli właśnie tego szeroko rozumianego, amerykańsko-europejskiego CPAC-u. Tzw. „twardzi prawicowcy”, którzy trzymają się razem. To jest komunikat wobec Donalda Trumpa, wobec Marine Le Pen, tego typu środowisk, że polski prezydent jest z nimi. (…) To jest wpisanie się w bardzo niebezpieczną narrację, w której Amerykanie ingerują w procesy wyborcze we wszystkich krajach europejskich.
- Wszystko dzieje się wbrew rekomendacjom polskiego rządu, pytanie tylko czy podziela pan opinię, że prezydent Nawrocki zadziałał na niekorzyść własnego kraju.
- Na pewno. Kreowanie dwóch odmiennych polityk zagranicznych jest działaniem głęboko na szkodę własnego kraju, to jest w ogóle poza dyskusją. My, mając wyjątkowo dobrą koniunkturę międzynarodową, tracimy na tym, że mówimy dwoma odrębnymi głosami. Przecież nasi zagraniczni partnerzy nie są idiotami, doskonale wiedzą, że z Polakami trzeba uważać, bo kiedy dogadasz się z premierem, to mogą cię spotkać objawy wrogości od obozu prezydenckiego i w ogóle opozycji. I odwrotnie. Niektórzy więc mogą uznać, że na wszelki wypadek lepiej od Polaków trzymać się z daleka. (…) Pałac Prezydencki nie ma uprawnień do prowadzenia własnej polityki zagranicznej. W normalnym układzie demokratycznym prezydent za tego typu działanie byłby co najmniej oskarżony o łamanie konstytucji i mógłby być spokojnie poddany postępowaniu przed Trybunałem Stanu.
- Donald Trump nie pojawi się na konferencji CPAC, a Karol Nawrocki miał zapewne nadzieję na rozmowę…
- ...a wcale nie jestem tego pewien! Myślę bowiem, że jest to wygodne dla prezydenta Nawrockiego, że się z Trumpem nie spotka.
- Bo?
- Bo znamy styl rozmowy Trumpa i prawdopodobnie zażądałby od prezydenta żeby Polska zaangażowała się wojskowo w Cieśninie Ormuz albo w Iranie. I co miałby prezydent na to odpowiedzieć chcąc być dobrym przyjacielem? Musiałby się wić jak piskorz żeby się z tego typu obietnicy wywinąć. Sądzę więc, że paradoksalnie jest to dla Nawrockiego sytuacja wygodna.
- Wierzy pan w tłumaczenie nieobecności Trumpa na CPAC „zaangażowaniem w wojnę w Iranie”?
- Wierzę, bo Trump rzeczywiście podpalił Bliski Wschód i teraz musi ten pożar gasić. Po drugie byłoby mu wyjątkowo niezręcznie tłumaczyć się swojemu zapleczu, któremu obiecywał, że Ameryka nie pójdzie na żadne wojny.
Rozmawiała Kamila Biedrzycka