Panie Premierze, kiedy rozpoczęła się operacja polskiego wojska?
Jeszcze przed północą wiedzieliśmy, że trwa przegrupowanie i start rosyjskich bombowców. Nie wiedzieliśmy wtedy, jakie cele zostaną zaatakowane, ale było jasne, że może dojść do dużego uderzenia na Ukrainę. Dlatego odpowiednio wcześnie postawiliśmy w gotowości wszystkie elementy obrony powietrznej.
Wojsko nie zostało zaskoczone?
Absolutnie Nie. Byliśmy przygotowani. Monitorowaliśmy wszystkie sygnały, a dowódca operacyjny miał pełny obraz sytuacji. Pozostawałem z nim w stałym kontakcie. O przebiegu operacji wiedziały również połączone siły NATO.
Jakie siły zostały uruchomione?
W gotowości znajdowały się polskie F-16, samoloty rozpoznawcze i naziemne systemy obrony powietrznej, w tym zestawy Patriot. Operację wspierał sojuszniczy samolot tankowania powietrznego, który przyleciał z Niemiec. Już o godzinie 1.59 nasze myśliwce były w powietrzu i operowały w rejonie granicy polsko-ukraińskiej.
Jak poważny był rosyjski atak?
Był to jeden z największych ataków na zachodnią Ukrainę. Rosjanie wystrzelili ponad 20 rakiet, a ukraińska obrona powietrzna walczyła w wielu częściach kraju. Ostrzeliwany był między innymi Lwów. W pewnym momencie wiele obiektów znajdowało się bardzo blisko polskiej przestrzeni powietrznej.
Kiedy pojawiło się bezpośrednie zagrożenie dla Polski?
Z całej salwy wyodrębniono dwa pociski, których kierunek lotu mógł stanowić dla nas zagrożenie. Przed godziną 3.40 jeden z polskich F-16 otrzymał polecenie przechwycenia obiektu, który naruszył naszą przestrzeń powietrzną.
Czy rakieta miała zostać zestrzelona?
Tak, byliśmy gotowi do jej zestrzelenia, gdyby kontynuowała lot, szczególnie w kierunku terenów zabudowanych. Niezbędne rozkazy zostały wydane. Wojsko musi jednak działać w granicach prawa. Nie można automatycznie otwierać ognia do każdego obiektu. Trzeba mieć pewność, z czym mamy do czynienia, jaką ma trajektorię i czy użycie uzbrojenia nie stworzy dodatkowego zagrożenia dla ludności.
Jak blisko zestrzelenia był polski pilot?
Bardzo blisko. F-16 przechwytywał już obiekt, kiedy rakieta opadła i uderzyła w ziemię. Według informacji dowódcy operacyjnego zabrakło sekund. Mówiąc obrazowo nasz myśliwiec był tuż nad rosyjską rakietą. Gdyby pocisk pozostał w powietrzu nieco dłużej, zostałby zestrzelony. Drugi myśliwiec nadal patrolował polską przestrzeń.
Czy wiadomo, jaki to był pocisk?
Wiele wskazuje, że był to rosyjski pocisk manewrujący Ch-101. Podczas tego ataku Rosjanie wystrzelili wiele rakiet tego typu, ale musimy mieć stuprocentową pewność. Na miejscu pracują pirotechnicy i eksperci, którzy zbierają wszystkie fragmenty obiektu. Dopiero ich badanie pozwoli ostatecznie potwierdzić jego typ i pochodzenie.
Co ta noc powiedziała o przygotowaniu polskiej armii?
System zadziałał. Zagrożenie wykryto przed rozpoczęciem ataku. Samoloty zostały poderwane jeszcze przed naruszeniem polskiej przestrzeni, działały systemy naziemne, rozpoznanie i wsparcie sojusznicze. Wojsko śledziło rakietę i było przygotowane do jej zniszczenia. To nie była reakcja rozpoczęta dopiero po jej upadku. Operacja trwała od wielu godzin, a wszystkie służby działały w sposób zintegrowany. Dowódca operacyjny podjął właściwe decyzje.
Czy prawidłowo ostrzeżono mieszkańców?
Uruchomiono procedury Rządowego Centrum Bezpieczeństwa i syreny alarmowe, ponieważ pozwalają one szybko dotrzeć do mieszkańców zagrożonego obszaru. System powiadamiania zadziałał, choć musimy nadal poprawiać sposób komunikowania się z obywatelami i wyjaśniać, jak reagować na poszczególne alarmy.
Pana wnioski po ostatniej nocy?
To już nie kilometry, ale metry i sekundy dzielą nas od bezpośrednich skutków wojny. Sytuacja jest poważna, ponieważ – jak już wiele razy mówiłem - tuż za naszą granicą trwa regularny konflikt. Pozostajemy w gotowości. Nasi piloci, systemy obrony powietrznej i służby rozpoznawcze monitorują każdy sygnał. Ta noc pokazała, że polskie wojsko nie zostało zaskoczone i było przygotowane do działania.
Rozmawiał Marek Balawajder