Super Express: Ostatnio przekonywał pan, że Koalicja 15 października może rządzić także po wyborach w 2027 roku. Na czym opiera pan swój optymizm, skoro z badań CBOS wynika, że kolejny miesiąc z rzędu poparcie dla rządu spada i wynosi teraz tylko 29 proc.?
Włodzimierz Czarzasty: Po pierwsze badania są różne. Po drugie mamy do wyborów jeszcze półtora roku, a polityka jest bardzo zmienna. Po trzecie patrzę optymistycznie, bo powinniśmy wystrzegać się liderów, którzy nie wierzą w zwycięstwo i w przyszłość. Wiele rzeczy zapisanych teraz w formie ustaw zacznie realnie działać i sądzę, że ludzie to odczują.
- Na przykład?
- Na przykład polityka mieszkaniowa. W tej chwili jest zakontraktowanych ponad 30 tys. mieszkań, ludzie widzą, że to jest realizowane. Wprowadzamy duże programy, jak renta wdowia, która zresztą będzie podlegać ewaluacji w przyszłym roku. Obejmuje w tej chwili 1,2 mln osób i ta grupa się zwiększa. Średnia wypłata to poziom 373 zł, w przyszłym roku będzie to około 600 zł. Ludzie to odczują. Bardzo duże pieniądze idą w tej chwili w inwestycje, sam program SAFE to jest 180 mld zł, a ciągu trzech lat planujemy zwiększenie liczby miejsc pracy o 250 tys.
- Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? Bo te 29 proc. poparcia to może nie jest czerwona, ale jednak żółta kartka dla rządu?
- Ależ oczywiście, że jest żółta kartka i tylko nieracjonalny człowiek by tego nie widział. Mamy sytuację związaną z ochroną zdrowia i uważam, że jeśli jej problemy nie zostaną rozwiązane przez półtora roku, to będzie to spory przyczynek do przegranej w wyborach. Klika spraw musimy jeszcze poprawić. Ja właściwie w tej chwili nie wychodzę z samochodu, jeżdżąc po kraju, spotykam się z ludźmi i bardzo wielu z nich ma pretensje do koalicji o brak realnych rozliczeń. Uważają, i mają rację, że wszyscy ci, którzy mają postawione zarzuty, bo np. kradli, powinni już siedzieć w więzieniach. Problem polega na tym, choć niczego nie usprawiedliwiam, że my nie chcemy naprawiać prawa jednocześnie je łamiąc. (…) Jeśli łamalibyśmy prawo po to, żeby je naprawić, to ta zasada weszłaby na stałe do polskiej polityki. Była już stosowana przez kilka lat i ja nie chcę pełnić funkcji marszałka w kraju, w którym się łamie prawo, bo to się skończy Węgrami Orbana. A ja jestem za demokratyczną Polską w Unii Europejskiej. Są ograniczenia, ale ludzie mają prawo mówić, że nie zrealizowaliśmy wszystkiego co obiecaliśmy. Mają rację. Zachowując się z pokorą przepraszam za wszystkie rzeczy, które nie zostały „dowiezione”. Uważam jednak, że sporo nadrobimy przez te półtora roku. Wierzę w zwycięstwo, my te wybory wygramy.
- Da się naprawić system opieki zdrowotnej w półtora roku? Da się w takim czasie zrobić coś, co nikomu się nie udało przez ponad 30 lat?
- Nie ma innego wyjścia. Paradoksalnie to dobrze, że w Szpitalu Południowym wydarzyło się to, co się wydarzyło. Bo to jest kubeł zimnej wody wylany na głowę wszystkich polityków po kolei i pokazuje, że cały system, od początku do końca, jest zły. Jest dziurawy, więc dosypywanie do niego pieniędzy pójdzie jak krew w piach. Okazało się, że największym problemem nie są pieniądze, tylko sposób ich wydawania. Jako Lewica dajemy znać od półtora roku, że jesteśmy chętni do rozmowy o bardzo radykalnych zmianach. Jeszcze zanim pojawiła się sprawa Szpitala Południowego mówiliśmy, że musimy w trybie natychmiastowym pomyśleć o ograniczeniu wynagrodzeń lekarzy, o rozsądnym rozgraniczeniu praktyki prywatnej od publicznej. W całej Europie są zgody na takie praktyki, ale są one regulowane w określony sposób co do wykorzystania sprzętu, godzin, umowy o pracę. Musimy pomyśleć o tym jak racjonalnie, szczególnie jeśli chodzi o starsze pokolenie, wykorzystywać sprzęt medyczny, musimy zmienić system finansowania. (…) Źle, że rząd tego nie zaczął dwa i pół roku temu.
- Dlaczego nie zaczął?
- Pewnie nie było tak mocnego bodźca jak Szpital Południowy, nie wszystko się da przewidzieć. Jest takie przysłowie „mądry Polak po szkodzie”, więc jeśli się wydarzyło, to pytanie co z tym dalej robić. Podejmować absolutnie radykalne decyzje. I zobaczy pani jak one będą kwestionowane w różnych środowiskach.
- Zapewne nie tylko w lekarskim, ale także na końcu procesu legislacyjnego, czyli przez prezydenta i jego środowisko. Karol Nawrocki jasno mówił w kampanii, że jego głównym celem będzie odsunięcie rządu Donalda Tuska od władzy. W niespełna rok mamy 41 wet, jak prezydentowi idzie realizacja tej obietnicy?
- To jest psucie państwa. Zastanawiałem się czy ten konflikt między instytucjami prezydenta i marszałka Sejmu jest może spowodowany mną. Ale za czasów Szymona Hołowni, który starał się żyć w przyjaźni z prezydentem Nawrockim, mieliśmy 15 wet. Jaki z tego wniosek? Prezydent postanowił walczyć z rządem. Głowa państwa, która a priori zakłada, że będzie walczył ze wszystkim co zrobi rząd, nawet tym dobrym, to jest jakaś absurdalna historia. (…) Nauczyliśmy się już trochę żyć poprzez rozporządzenia i na pewno będziemy je w dużej mierze wdrażali.
- Mówi pan, że Karol Nawrocki takim działaniem psuje państwo. Dlaczego więc cieszy się stosunkowo wysokim poparciem społecznym?
- Taki moment. Uważam, że ono w tej chwili bierze się głównie z antyukraińskiej retoryki. Tylko że to jest ulotne, bowiem budowanie poparcia na nienawiści w stosunku do sąsiada, bez względu na jego głupotę, jest krótkotrwałe. Widziałem się dwa razy z panem Zełenskim, często się widzę z szefem ukraińskiego parlamentu. I żeby rozpocząć tę rozmowę trzeba powiedzieć, że to co zrobił Zełenski było głupie, nieodpowiedzialne i zrobione na użytek wewnętrzny, dla wzmocnienia własnej pozycji. Tylko to nie jest zabawa pt. „głupi i głupszy”, trzeba zachowywać się rozsądnie. 5 proc. ludzi pracujących w Polsce, w branży budowlanej, usług, opieki nad starszymi osobami, to Ukraińcy. Doprowadzenie w tej chwili do konfliktu z nimi jest nieodpowiedzialne i źle się skończy.
- Jaką decyzję by pan podjął w sprawie zaprzysiężenia Karola Nawrockiego gdyby rok temu pan był na miejscu marszałka Szymona Hołowni?
- To jest bardzo trudne pytanie. Jest taka możliwość, że gdybym był marszałkiem Sejmu od początku kadencji, to podjąłbym inną decyzję niż pan Szymon Hołownia. Ale nie byłem.
- I nie ma się dziś sensu zastanawiać „co by było gdyby”?
- W tej chwili absolutnie nie i mówię to w sposób jednoznaczny, bo Polska jest bardzo skłócona. Polaryzacja sięga zenitu, rodziny się kłócą przy stołach, to nie idzie w dobrym kierunku. Sytuacja jest niebezpieczna, mamy wojnę w Ukrainie, wzrastające radykalizmy w Niemczech, we Francji, absolutnie niestabilnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, który jest liderem chaosu. W Polsce u władzy muszą być siły, które wprowadzają spokój i rozsądek.
- Mówi pan, że ten, który de facto trzęsie dziś światem jest liderem chaosu. Sądzi pan, że Trump może wpłynąć na wynik wyborów w Polsce?
- W żaden sposób. Ale proszę pamiętać, że jest w Polsce polityk, który powiedział „nie” takiej polityce. Ja się nie zgodziłem na poparcie kandydatury pana prezydenta Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla. On jako lider chaosu trzęsie światem i ten świat rzeczywiście się trzęsie, nie ma w tym nic dobrego. Nie zgodziłem się na poparcie tej kandydatury i nadal bym się nie zgodził.
- Ułożył pan jakoś relacje z ambasadorem Tomem Rose’m?
- Relacje z panem ambasadorem sobie ułożyliśmy. Zaprosiłem go do Sejmu na 250. rocznicę powstania Stanów Zjednoczonych. Przyszedł, Sejm przyjął uchwałę i wszystko weszło na dobre drogi. Natomiast przy panu Trumpie trzeba sobie zadać dwa pytania: czy przy jego drugiej prezydenturze państwa czują się bezpieczniej i czy narody czują się bezpieczniej. Odpowiedź brzmi: nie. Ani państwa, ani ludzie nie czują się bezpieczniej. W związku z tym pozostanę przy swojej ciepłej ocenie pana prezydenta Trumpa, że jest liderem chaosu, a Stany Zjednoczone są naszym największym sojusznikiem.
Rozmawiała Kamila Biedrzycka