Walczak o wyścigu prezydenckim: Wybory, których (prawie) nikt nie chce

Dziwne szykują nam się wybory prezydenckie. Wygląda bowiem na to, że żaden obóz polityczny (poza PiS, bo reelekcja to być albo nie być jego rewolucyjnych zapędów) niespecjalnie chce je wygrać i traktują je jak dopust boży. Nie ma też specjalnie chętnych, by stać się, jak to barwnie określił kiedyś Tusk, strażnikiem żyrandola.

Tomasz Walczak
Autor: Piotr Grzybowski Tomasz Walczak

W ogóle patrząc na to, kto kandydatem już jest i kto nim może zostać widać wyraźną inflację prezydentury. To będą już drugie wybory z rzędu, kiedy do walki o to stanowisko stanie drugi garnitur polityczny. Nawet urzędującego prezydenta trudno uznać za polityka wielkiego formatu. Przez pięć lat, choć bardzo się starał, nie pokazał się nam jako nawet namiastka męża stanu. W PO o nominację walczą Małgorzata Kidawa-Błońska i Jacek Jaśkowiak – żadne tam frontowe postaci tej formacji, a raczej ludzie, których pretendentami do prezydentury stworzył przypadek.

Lewica nie wystawi z kolei w tych wyborach swojej największej armaty, czyli Adriana Zandberga. Ten bowiem ze startu zrezygnował sam. Robert Biedroń sam podobno zrozumiał, że jego czas w polityce się skończył i wybiera spokój swojego brukselskiego azylu. Z ramienia lewicy o prezydenturę ma ubiegać się kobieta. Okazuje się jednak, że nie jednak z coraz bardziej rozpoznawalnych posłanek, ale kobieta spoza parlamentu. Jeśli wierzyć plotkom, kto to będzie, wielu z nas będzie musiało skorzystać z wyszukiwarki, żeby zobaczyć cóż to za postać. Nie będzie to może druga Magdalena Ogórek, ale w tym scenariuszu wynik kandydatki lewicy może być podobny.

Kosiniak-Kamysz już chęć startu ogłosił, potwierdza to PSL, ale zupełnie zniknął z radarów opinii publicznej. Wyborczy wynik ludowców wskazywał, że może nieźle w wyścigu prezydenckim namieszać, ale okopanie się w swojej samotni raczej mu w tym nie pomoże.

Objawił się też tradycyjny kandydat znikąd – tym razem w tej roli Szymon Hołownia. Człowiek zagadka, który nie bardzo wiadomo, czemu zapragnął zostać prezydentem, ani kto te jego pragnienia wspiera. Nie wiadomo też, czy w ogóle uda mu się zarejestrować kandydaturę, bo 100 tys. głosów same się nie uzbierają.

Na razie to wszystko to obraz chaosu i zniszczenia i można odnieść wrażenie, że za pół roku wcale nie czekają nas żadne wybory, bo nikt nawet nie specjalnie próbuje o tym wyborcom przypomnieć. W tej mętnej dynamice mogą te wybory nas swoimi wynikami jednak zaskoczyć, a projektowany zwycięzca, czyli Andrzej Duda, wcale swego pewnym być nie może. Bo kontrkandydów może i szałowych nie ma, ale nie zdecydują tu cechy osobiste ubiegających się o ten urząd, ale całokształt polityki, która za nimi stoi. Może się więc jeszcze wiele wydarzyć.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki