Donald Trump

i

Autor: The White House, Flickr.com, Creative Commons

Wywiad „Super Expressu”

Trump 2.0: Rewolucja czy autokracja? Jak Trump zmienia Amerykę i świat

2025-04-05 5:13

Donald Trump powrócił do Białego Domu i od pierwszych dni swojej drugiej kadencji wprowadza radykalne zmiany – zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zagranicznej. Jego działania budzą kontrowersje, a część komentatorów ostrzega, że Ameryka zmierza w stronę autorytaryzmu. Czy demokratyczne instytucje USA przetrwają ten wstrząs? O tym rozmawiamy z filozofem i publicystą Tomaszem Markiewką.

Polityka Trumpa – chaos czy strategia?

„Super Express”: - W Polsce i szerzej w Europie najwięcej uwagi poświęcamy polityce zagranicznej administracji Donalda Trumpa. Nie da się jej jednak oddzielić od tego, co robi w samych Stanach Zjednoczonych. Aby dobrze zrozumieć, co dzieje się w amerykańskiej dyplomacji, trzeba zrozumieć sytuację wewnętrzną w USA?

Tomasz Markiewka: - Tak, bo w obu przypadkach widać podobny modus operandi – to próba zniszczenia dotychczasowej polityki i sposobu jej prowadzenia. Z jednej strony chodzi o działania za pomocą twardej ręki, a z drugiej robienie tego wbrew przekonaniom większości na temat tego, co w rządzeniu jest odpowiedzialne. Trump i ludzie wokół niego nie tylko nie czują się zniechęceni ostrzeżeniami o szaleństwie jego działań, ale można odnieść wrażenie, że to ich nakręca.

- To wpisuje się w popularną wśród radykalnej prawicy strategii „dojeżdżania libków” – robienie wszystkiego, by liberalną część Ameryki wkurzyć.

- Tak, to hasło, które najbardziej zagorzali fani Trumpa lubią i ewidentnie widać, że na przykład Elon Musk próbuje w ten sposób budować entuzjazm wobec niektórych decyzji Trumpa. Ale przecież jego ekipa nie niszczy jedynie instytucji czy polityki zbudowanej przez Partię Demokratyczną. Zarządzany przez Muska Departament ds. Efektywności Rządu likwiduje programy wprowadzane choćby przez George’a W. Busha, na przykład programy walki z AIDS czy malarią. Oni odkręcają rzeczy, które w Stanach Zjednoczonych funkcjonowały czasem od kilku dekad i były akceptowane przez prezydentów obydwu partii.

Zniszczyć, by rządzić – nowa filozofia władzy?

- Trump jest rewolucjonistą, który niszczy starty porządek, by zbudować nowy wspaniały świat według ruchu MAGA?

- Na pewno tego typu duże słowa pasują bardziej teraz niż do pierwszej kadencji Trumpa. Oczywiście już wtedy dużo mówiło się o tym, że to jest polityk, mówiąc delikatnie, nieszablonowy, a wręcz niebezpieczny Dopiero jednak w tej kadencji widać, że decyzje, które podejmuje, są na tyle daleko idące, że nawet jeśli trumpiści przegrają kolejne wybory, nie będzie tak łatwo odkręcić to, co co on robi. Weźmy chociażby gigantyczne zwolnienia w administracji federalnej. Nie jest tak, że z dnia na dzień będzie można zatrudnić tych pracowników z powrotem i sprawić, że służby cywilne będą działały tak jak przed Trumpem. Tak samo nie da się łatwo przywrócić programów pomocowych, choćby związanych ze wspomnianą walką z malarią.

- Znamy to trochę z naszego podwórka. Po ośmiu latach rządów PiS i wielu zmianach, które one wprowadziły, do dziś nie udało się odkręcić. Dużo łatwiej jest zniszczyć państwo niż je potem odbudować. W USA, gdzie Trump wprowadza radykalną zmianę polityczno-społeczną, będzie to jeszcze trudniejsze.

- Dokładnie tak, Polska jest tutaj dobrą analogią. Śmiem jednak twierdzić, że to, co Trump zrobił w ciągu pierwszych trzech miesięcy swojej prezydentury, pod wieloma względami idzie o wiele dalej niż to, co zrobiło Prawo i Sprawiedliwość przez osiem lat. Owszem, PiS obsadzał swoimi ludźmi stanowiska związane z edukacją, z nauką, szkolnictwem wyższym, ale nie wyłapywał studentów uniwersyteckich i nie wywoził ich nie wiadomo gdzie. PiS nie odbierał całych dotacji uniwersytetom za to, że się nie podporządkowują linii politycznej rządu.

Czy Ameryka stanie się autokracją?

- Trump buduje w USA państwo autorytarne? Bo takie oskarżenia padają. Ale może instytucje państwa amerykańskiego są na tyle silne, że nie może mu się to udać, a 250 lat demokracji w Ameryce po prostu się obroni?

- Jak to się ładnie mówi, instytucje są tak silne jak ludzie, którzy chcą bronić tych instytucji albo je reprezentować. Tymczasem widać już ewidentnie, że Trump łamie tym ludziom kręgosłupy. Na przykład wspomniane uniwersytety amerykańskie bardzo szybko się złamały. Groźba odebrania im federalnych funduszy sprawiła, że kilka uniwersytetów przystało właściwie na wszystkie żądania Trumpa. Najczęściej dotyczyły one ograniczenia studentom możliwości organizowania protestów na kampusach albo likwidacji programów nauczania, które administracja Trumpa uznała za niezgodne z ich ideami. Na przykład jeśli chodzi o nauczanie na temat tego, co się dzieje w Palestynie.

- A są instytucje, które przed falą trumpizmu się bronią?

- Taką najpoważniejszą siłą, która stoi dziś naprzeciwko Trumpa, są pewnie sądy. Różni sędziowie poblokowali – przynajmniej na pewien czas – część decyzji Trumpa. Widzimy już jednak, że na przykład Elon Musk czy wiceprezydent Vance właściwie codziennie przekonują swoich zwolenników, że sędziowie, którzy blokują decyzję Trumpa, są właściwie zdrajcami narodu i nie powinni sprawować swojej funkcji. Trump i jego ludzie stosują starą sztuczkę, nazywając każdą osobą, która się z nimi nie zgadza, radykalnie lewicowymi aktywistami. Nawet jeżeli to jest konserwatywny sędzia nominowany przez republikańskiego prezydenta George’a W. Busha.

Sądy kontra Trump: ostatnia linia obrony demokracji?

- U nas sądy okazały się hamulcem dla rewolucyjnych zmian PiS. W USA odegrają podobną rolę?

- Wszyscy zastanawiają się, w którą stronę to pójdzie. Czy w pewnym momencie administracja Trumpa rzeczywiście pójdzie na frontalne starcie z sędziami i nie będzie wykonywała wyroków sądowych. Jeśli tak będzie, autokracja przestanie być pogróżką, metaforą, hiperbolą, a staje się do pewnego stopnia amerykańską rzeczywistością. Skoro prezydent i jego administracja nie chcą się stosować do wyroków sądów, to znaczy, że wszystkie demokratyczne ograniczenia przestały działać.

- Trump i jego ludzie przypuścili atak na instytucje, które nie cieszą się szczególną sympatią Amerykanów. Czy ujdzie mu to na sucho, bo będzie w stanie spełnić swoje wyborcze obietnice i znów uczyni Amerykę wielką a Amerykanów bogaczami?

- Tu dotykamy ważnego punktu, bo oczywiście sam Trump i cała jego ekipa twierdzą, że mają niesamowicie silny mandat i robią to, czego oczekuje społeczeństwo. To nie do końca prawda, bo różne sondaże pokazują, że na przykład wyborcy Trumpa nie byli specjalnie zainteresowani tym, co się dzieje na uniwersytetach. Jasne, uważają, że amerykańskie uczelnie są zbyt lewicowe, ale walka z nimi nigdy nie należała do priorytetów nawet wyborców Trumpa. Wszystkie badania pokazują, że priorytetem była i jest sytuacja ekonomiczna Amerykanów.

Gospodarka jako pięta achillesowa Trumpa

- W końcu to głównie dlatego Demokraci przegrali wybory – nie byli w stanie przekonać Amerykanów, że żyje im się dobrze.

- Tak, szczególnie mieli pretensje do Bidena o inflację. On, oczywiście, nie miał na nią wpływu, ale zapłacił za nią polityczną cenę. Wyborcy oczekiwali od Trumpa głównie dobrej polityki gospodarczych. Bo i Trump, o czym warto pamiętać, od 2016 roku, od kiedy tylko został prezydentem, zawsze miał bardzo wysokie wyniki w sondażach dotyczących ekonomii. Amerykanie zawsze w sprawach gospodarczy ufali mu bardziej niż Obamie, Bidenowi czy Harris. Tymczasem dzieje się coś, z jego punktu widzenia, niepokojącego.

- Co takiego?

- Po raz pierwszy czy większość ankietowanych ma negatywne zdanie na temat Trumpa i jego podejścia do gospodarki. Zaufanie do Trumpa w tej sprawie się załamało, więc najmocniejszy punkt staje się w tym momencie jego najsłabszym.

- Tym bardziej, że Amerykanie słyszą od Trumpa, że nie wyklucza recesji, a wojna handlowa z całym światem może oznaczać – jego zdaniem – przejściowe problemy i Amerykanom może się żyć gorzej. Trudno się im dziwić, że zaufanie co do zdolności gospodarczych Trumpa się załamuje.

- To bardzo znamienne. Wiemy przecież dobrze, że politycy zazwyczaj próbują jednak roztaczać przed społeczeństwem optymistyczne wizje przyszłości. Jeżeli Trump z góry mówi o nadciągających niedogodnościach, świadczy to o tym, że Trump i jego doradcy rzeczywiście muszą podejrzewać, że ta sytuacja ekonomiczna nie będzie zbyt dobra.

- Przekona Amerykanów, że po chwili zapaści nadejdzie złoty wiek USA?

- Najprawdopodobniej wyborcy nie będą tu wyrozumiali, bo wiele wiele danych historycznych wskazuje na to, że wyborcy nie myślą w perspektywie 5-10 lat, tylko myślą w perspektywie tego, jaka będzie sytuacja finansowa w kolejnym miesiącu. Trump może więc mieć poważny problem. Trudno zresztą zrozumieć, że podejmuje działania, które nie tylko długoterminowo nie będą dobre dla Stanów Zjednoczonych, ale też krótkoterminowo zaszkodzą poparciu jego i Republikanów.

- Ludowa mądrość wśród komentatorów była taka, że Trump zatrzymywał się zawsze tam, gdzie jego polityka odbijała się na notowaniach giełdowych. Tymczasem widzimy, że pierwsze zapowiedzi wojny celnej wprowadziły popłoch na Wall Street. To jednak Trumpa nie zniechęca.

- Rzeczywiście, wygląda na to, jakby Trump wyłączył sobie wszystkie hamulce. Trudno psychologizować, ale być może on rzeczywiście wierzy w to, że dokonuje wielkiego zwrotu amerykańskiej gospodarki. Być może jest głęboko przekonany, że cła doprowadzą odrodzenia amerykańskiego przemysłu i cofną niektóre z negatywnych efektów globalizacji dla Stanów Zjednoczonych.

Imperialne ambicje Trumpa – realna strategia czy polityczna fantazja?

- A patrząc na imperialne fantazje Trump nie ma pan wrażenia, że podejrzanie zaczyna się rymować z Władimirem Putinem. Rosyjski satrapa dawno już poddał się jeśli chodzi o zapewnienie Rosjanom dobrobytu, ale uznał, że jak ludzie nie mają chleba, niech chociaż mają imperium. Opowieści o aneksji Grenlandii czy Kanady nie mają takiej roli?

- Nawet jeśli takie są kalkulacje Trumpa, to wyborcy, także wyborcy Trumpa, tego nie kupują. a Kiedy się ich pyta, co sądzą o tym, żeby przejąć Grenlandię, a Kanadę uczynić 51. stanem, to zdecydowana większość wyborców uważa to za fatalny pomysł. Trudno więc orzec, jakie są motywacje tej administracji. Być może chodzi o to, że Trump, Musk, Vance i inni najważniejsi urzędnicy administracji są tak mocno zamknięci się w gronie pochlebców, że rzeczywiście uwierzyli w swój geniusz i własne teorie polityczne. Nie mają wokół siebie dostępu do żadnej merytorycznej krytyki, bo każdą krytykę traktują jako atak skrajnie lewicowych aktywistów. Stany Zjednoczone są, oczywiście, potężnym krajem, mają potężny potencjał gospodarczy i militarny, ale nawet Stany Zjednoczone nie mogą sobie pozwolić na to, żeby zrazić wszystkich sojuszników.

Rozmawiał Tomasz Walczak