- Big Techy decydują, co wolno mówić w sieci, kierując się własnym interesem politycznym i ekonomicznym
- Weto Karola Nawrockiego wobec unijnych przepisów ograniczających władzę platform osłabia pozycję użytkowników, zamiast chronić wolność słowa
- Algorytmy platform cyfrowych promują skrajności, wypychając z debaty głosy umiarkowane
- Europa ma narzędzia, by bronić obywateli przed cyfrowymi gigantami, ale często sama z nich rezygnuje
Platformy cyfrowe nie bronią wolności słowa, ale swoich interesów
„Super Express”: - Ledwie Karol Nawrocki zawetował ustawę regulującą funkcjonowanie Big Techów w Polsce, tłumacząc je próbami cenzury w platformach cyfrowych, a docierają do nas kolejne informacja o tym, jak rzeczone platformy same cenzurują politycznie treści, które się na nich pojawiają. Kto tu jest większym zagrożeniem dla wolności słowa? Państwa czy Big Techy?
Sylwia Czubkowska: - Wydarzyło się dokładnie to, co miał regulować Akt o usługach cyfrowych (DSA), czyli prawo stworzone właśnie po to, by ograniczyć samowolę wielkich platform. Właśnie to zawetował prezydent Nawrocki. Musimy to jasno powiedzieć: DSA nie jest prawem, które powstało, by rządy mogły więcej, ale by platformy mogły mniej.
- To znaczy?
- Chodzi o wciągnięcie tych gigantów w zasady prawne demokratycznych państw członkowskich Unii Europejskiej. W Polsce walka z samowolą platform jest często wypierana, zwłaszcza przez prawicę. Choć to właśnie u nas w 2016 roku doszło do pierwszych wyraźnych działań pokazujących, jak funkcjonuje prywatna cenzura, gdy Facebook masowo blokował konta polityków i organizacji związanych z Marszem Niepodległości.
Kto naprawdę decyduje, co znika z internetu
– Wtedy Facebook był „lewacki”. Dopiero w tej kadencji Trumpa jego właściciel złożył mu hołd lenny.
- Facebook robił wtedy dokładnie to samo, co zawsze, niezależnie od tego, jakie sympatie polityczne ma czy udaje, że ma Mark Zuckerberg. Otóż blokował wtedy treści tak, jak chciał i jak mógł, opierając się na własnych, wewnętrznych regulaminach, które platformy mogą dowolnie zmieniać, dostosowywać i którymi mogą manipulować zgodnie z własnym interesem ekonomicznym lub politycznym.
– Weto ws. DSA de facto pozwala na cenzurę?
- Choć DSA obowiązuje w całej Unii, to brak polskich przepisów wdrażających sprawia, że nasi obywatele nie mają do dyspozycji mechanizmów, dzięki którym polskie urzędy czy sądy mogłyby te przepisy egzekwować. De facto polskiemu użytkownikowi coś odebrano – odebrano szansę na walkę o wolność, a nie dano tej wolności więcej. To, co dzieje się obecnie w Stanach Zjednoczonych, jest dowodem na to, że bez odpowiednich przepisów, bez takich bezpieczników platformy będą robiły, co chcą, ponieważ ich decyzje są często polityczne i bezpośrednio powiązane z dobrostanem ekonomicznym. Jeśli gigant uzna, że w imię świętego spokoju warto zablokować frazę „Epstein” lub usługi tropiące agentów ICE, to po prostu to zrobi. Bo bez kontroli państwa korporacje same się nie zatrzymają.
Dlaczego Big Techy nie bronią wolności słowa
– Jest u nas wiara w to, że pozostawienie platform samym sobie zagwarantuje nam wolność słowa. Nie jest to efekt tego, że od końca lat 80. mówiono nam, że nie ma demokracji bez wolnego rynku, a wszelkie regulacje pachną komuną? Tymczasem historia kapitalizmu pokazuje przecież coś odwrotnego: kapitał rządzi się innymi zasadami niż demokracja i ma często cele z nią sprzeczne.
- Mamy złudzenie, że platformy mają w swoim DNA wartości demokratyczne, ponieważ latami budowały w nas takie przekonanie poprzez legendy założycielskie o „innym modelu kapitalizmu”. Słynne motto Google „Don’t be evil” („Nie czyń zła” – przyp. red.) miało przekonywać, że firmy technologiczne będą bardziej skierowane na potrzeby ludzi niż na budowanie potęgi kapitału. Oczywiście, nawiązywało to do ruchu hipisowskiego lat 70., w których kształtowała się Dolina Krzemowa.
– Okazało się, że to kapitał taki sam jak inny. Może nawet potężniejszy, bo nigdy firmy nie miały takiej władzy jak w dobie Big Techów.
- Tak, to ideologiczne otoczenie zniknęło w odmętach budowania ogromnych biznesów, a sama nazwa „media społecznościowe”, której używano na określenie wielkich platform cyfrowych, była sprytnym zagraniem propagandowym. Gdyby od początku nazywano je po imieniu, nie budowałyby tak silnego przekonania o walce o wolność. A warto przypomnieć, że na tych platformach nigdy nie było nieograniczonej wolności słowa.
Określenie „społecznościowe” miało sugerować, że to nasza wspólna przestrzeń, a nie usługa, co było emanacją epoki Web 2.0 i przekonania, że każdy będzie miał prawo do bezpośredniej, niczym nieblokowanej komunikacji. Jeszcze w 2011 roku, podczas Arabskiej Wiosny, panowało silne przekonanie, że Facebook czy Twitter wystarczą, by ludzie mogli się zorganizować i obalić dyktatury, ale ta wizja upadła wraz z przejęciem tych narzędzi przez władze autorytarne.
– No właśnie, autorytaryzmy nie tylko przetrwały, ale wręcz oswoiły te technologie. Często w twórczej współpracy z Big Techem.
- Reżimy nauczyły się współpracować z platformami, wymuszać na nich decyzje, by neutralizować bunt społeczny lub po prostu te platformy blokować i budować własne systemy, jak zrobiły to Chiny. W państwach o silnie scentralizowanej władzy relacje z platformami są personalne i opierają się na mniej lub bardziej bezpośrednim wymuszaniu decyzji. W Stanach Zjednoczonych, gdzie postępuje oligarchizacja, nie dąży się już do zablokowania np. TikToka, bo to byłoby nie na rękę władzy, ale do przejęcia nad nim kontroli poprzez grupę przedsiębiorców, których interesy są zbieżne z interesami politycznymi.
- Tak było choćby z TikTokiem, którego w USA kontrolują ludzie z otoczenia Trumpa.
- Tak, to jest de facto model coraz bardziej chiński, gdzie partia nie potrzebuje własnych mediów społecznościowych, bo sprawuje kontrolę nad właścicielami, zarządami i ośrodkami władzy technologicznej. Ruch MAGA Donalda Trumpa idzie dokładnie w stronę chińskiego modelu kontroli, marząc o tym, by TikTok stał się ich ekspozyturą, a właściciele platform już teraz składają politykom hołdy w pierwszym rzędzie. Tym firmom, jak Meta, Google, Oracle, Amazon czy Microsoft, zależy na wzmocnieniu pozycji politycznej przy wsparciu Białego Domu, bo to przekłada się na ich działanie globalne i relacje międzynarodowe.
- Czy Europa w tym starciu potęg ma szansę zachować podmiotowość, czy powinniśmy ulegać amerykańskim groźbom odwetu za regulacje takie jak DSA czy podatki cyfrowe?
- Często słyszymy ostrzeżenia przed reakcją USA, ale co konkretnie zrobiła amerykańska administracja w ciągu ostatniego roku, gdy wdrażano DSA i DMA? Tak naprawdę nic. Dużo jest krzyku, ostrych przemówień wiceprezydenta J.D Vance czy tweetów Elona Muska, ale realnie te firmy podlegają zasadom rynków, na których funkcjonują. Musimy przestać traktować Google, Facebooka czy TikToka jak jakieś wpływowe państwa, bo to są podmioty gospodarcze. Oczywiście łatwiej o ostre ruchy w systemach nie demokratycznych, lub częściowo demokratycznych. I tak jeśli Indie chcą zablokować chińskie produkty, to po prostu to robią. Chiny odcięły się murem cyfrowym. My w Europie zaś sami poddajemy się narracjom, że nic nie wolno, podczas gdy mamy prawo wprowadzać bezpieczniki dla własnych obywateli. Wycofywanie się z regulacji tylko dlatego, że druga strona może się oburzyć, jest pomieszaniem pojęć. Jeszcze raz: Google to nie jest suwerenne państwo, Microsoft to nie jest państwo. Ich pozycja zależy od dostępu do rynków. Naszych rynków.
- Elon Musk kreuje się na absolutystę wolności słowa, który każdą regulację rynku cyfrowego traktuje jako opresję. Ale czy w rzeczywistości nie chodzi mu wolność do siania dezinformacji, propagandy i kłamstw oraz podbijania algorytmami treści radykalnie prawicowych przy jednoczesnym ograniczaniu głosów liberalnych i lewicowych?
- Obserwujemy narastający w siłę ruch libertariański, który nie jest klasyczną skrajną prawicą, ale mieszanką nurtów, dla których wolności są kluczowe. Tyle że traktowane są bardzo wybiórczo. Wolność biznesu i wolność słowa są dla nich najwyższymi wartościami, ale już wolność przemieszczania się, ochrona praw człowieka czy prawo kobiet do decydowania o własnym ciele już niekoniecznie. Głośny krzyk o wolności słowa służy do przykrycia ograniczania wolności na wielu innych polach, zarówno w warstwie narracyjnej, jak i legislacyjnej.
- Konserwatyści krzyczą o uciszaniu ich głosów, a w rzeczywistości to oni dziś kontrolują narzędzia moderacji na platformach takich jak X. Wszystko w imię walki z cancel culture.
- Zjawisko cancel culture i kultura woke to problemy stricte amerykańskie, które są do nas sztucznie importowane. W Europie mamy zupełnie inny porządek moralny i prawny, oparty na oświeceniowym prawie do wybaczenia i naprawienia krzywdy, a nie na protestanckiej moralności wykluczania ze społeczności. U nas nie było masowego wykluczania ludzi przez tłum z widłami na Instagramie bez podstaw prawnych; my mamy zupełnie inne wyzwania.
- Zupełnie obce Amerykanom?
- Tak, weźmy choćby zmasowaną dezinformację rosyjską, która ma dwa wieki doświadczenia. Amerykanie nie chcą tego rozumieć, bo widzą tylko własne potrzeby. Tymczasem Europa, po doświadczeniach komunizmu i nazizmu, wie doskonale, co mogą zrobić państwa i współpracujący z nimi biznes, oligarchowie, gdy mają nieograniczony dostęp do danych. Na bazie tych doświadczeń uznaliśmy, że ochrona prywatności jest kluczowa, bo na podstawie danych można zaplanować nawet ludobójstwo, i stąd wzięło się europejskie ustawodawstwo w tym RODO. Amerykanie dopiero teraz na żywym organizmie dowiadują się, co oznacza brak prywatności, gdy korporacje budują bazy danych dla służb, czerpiąc informacje ze skarbówki czy resortu zdrowia.
- W tradycyjnych mediach funkcjonowało coś, co nazywa się oknem Overtona – to, o czym piszą, a co przemilczają, wskazuje co jest akceptowalne w przestrzeni publicznej, a co nie. Może platformy cyfrowe robią to po swojemu i to naturalny porządek rzeczy?
- Mamy tu inny problem: algorytmy platform kochają emocje. A te buzują tam, gdzie pojawiają się treści skrajne, co powoduje, że okno Overtona przesuwa się gwałtownie w obie radykalne strony. Widzimy treści skrajnie lewicowe i skrajnie prawicowe, natomiast centrum zostaje wykluczone, ponieważ jest dla algorytmu nudne, rozlazłe i nieinteresujące. To buduje w nas fałszywe przekonanie o gigantycznej polaryzacji społecznej – wchodząc na platformę, mamy wrażenie, że wszyscy są albo tacy jak my, albo są wariatami, komunistami lub faszystami. Tymczasem, gdy rozmawia się z ludźmi na co dzień, okazuje się, że wcale nie jesteśmy tak podzieleni, a algorytmiczne skupianie uwagi na ekstremach jest równie szkodliwe jak sama cenzura. W polskiej kampanii wyborczej widzieliśmy to przy dyskusji o podatkach – promowane były wizje „zero podatków”, co przesuwało debatę w stronę skrajnego libertarianizmu, podczas gdy centrowe, wyważone argumenty ginęły w szumie.
- Z tym da się walczyć?
- Tak, dlatego tak ważny w DSA jest drugi pakiet dotyczący przejrzystości algorytmów, który ma dać naukowcom i instytucjom dostęp do ich mechanizmów. Dziś nie możemy sprawdzić, co nam się serwuje i dla kogo jest najwygodniejsze, byśmy nie wiedzieli, jak zarządza się naszymi poglądami. DSA to nie tylko prawo do odwołania się od blokady konta czy odmowy zablokowania treści, które użytkownik uważa za złamanie jego praw, ale także szansa na zrozumienie, czy świat naprawdę jest tak radykalnie podzielony, czy to tylko inżynieria platform zarządzająca naszymi emocjami. To kluczowe, byśmy mogli odzyskać kontrolę nad tym, co widzimy, i zrozumieć, że rzeczywistość poza platformami cyfrowymi jest znacznie bardziej zniuansowana. Bez tego dostępu będziemy tylko pionkami w grze o ogromną stawkę polityczną i biznesową, nie wiedząc nawet, kto i dlaczego pociąga za sznurki naszej uwagi. Musimy zadać sobie pytanie: komu najbardziej zależy na tym, abyśmy pozostali w niewiedzy co do sposobu działania tych systemów.
Rozmawiał Tomasz Walczak