Rok do wyborów
Jesienią 2027 miną 4 lata od ostatniej elekcji parlamentarnej, co oznacza, że czekają nas kolejne wybory do polskiego Sejmu i Senatu. Na rok przed tym wydarzeniem (dokładny termin poznamy nie później niż na 90 dni przed upływem 4 lat od rozpoczęcia kadencji Sejmu i Senatu, a decyzję podejmie prezydent RP) sondaże wyborcze pokazują jasno, że stabilne prowadzenie nad resztą partii utrzymuje Koalicja Obywatelska, a więc najsilniejsze ugrupowanie obecnej koalicji rządzącej. Czy to jednak oznacza, że formacja Donalda Tuska będzie rządziła Polską w kolejnej kadencji? Niekoniecznie.
W ostatnich badaniach KO notuje wynik od 27 do nawet 35 procent poparcia, co daje jej uśrednioną przewagę aż 12 punktów procentowych nad drugim w badaniu PiS-em. Problem jednak w tym, że KO w takim układzie wygra wybory, ale do rządzenia będzie potrzebować koalicjanta - i tu pojawia się problem.
Symulacje pokazują, że jedynym z obecnych członków koalicji 15 października, który ma szansę wejść do nowego Sejmu jest Nowa Lewica (wynik na poziomie 6,3% utrzymuje się na mniej więcej tym samym poziomie od wielu miesięcy). To jednak za mało - w takim układzie sił nawet połączone siły parlamentarzystów Tuska i Czarzastego nie dawałyby stabilnej większości. I to nie tylko drobne wahnięcie wyników sondażowych, ale stały trend notowany od jesieni 2024, a więc roku po wygranych wyborach.
Według najnowszej symulacji KO z Lewicą miałyby razem 215 mandatów, podczas gdy wymagana większość w Sejmie wynosi 231. Teoretycznie o wiele większą szansę na rządzenie mają formacje prawicowe, czyli PiS i dwie Konfederacje (Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka oraz Grzegorza Brauna), które wspólnie mogą liczyć na 245 mandaty. To by oznaczało stabilną, pewną większość sejmową.
Wśród komentatorów pojawiają się jednak uzasadnione wątpliwości co do tego, czy koalicja trzech sił prawicowych jest w ogóle możliwa - jedni uważają, że nic tak nie łączy jak władza, więc te ugrupowania powinny znaleźć wspólny język; inni natomiast uważają, że połączenie skrajnych, wyrazistych osobowości w postaci m.in. Jarosława Kaczyńskiego, Przemysława Czarnka, Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna zaowocuje totalnym chaosem i brakiem porozumienia w kluczowych kwestiach, takich jak obsada stanowiska premiera, marszałka Sejmu, czy składu rządu. Wieszczą oni, że nawet jeśli taka koalicja jakimś cudem powstanie to szybko runie - niczym egzotyczne połączenie PiS-u, LPR-u i Samoobrony 20 lat temu.
Słowem: ani obecna koalicja rządząca nie ma obecnie szans na utrzymanie rządów, ani obecna opozycja jest bardzo daleko od perspektywy rządów - a już tym bardziej rządów stabilnych i efektywnych, które pozwoliłyby realizować program polityczny, którejkolwiek z prawicowych formacji.
Czarne konie...
Oczywiście to wszystko jedynie symulacje, ale nie wynikają one z chwilowych zawirowań, lecz trwałego trendu sondażowego, który pokazują jednoznaczną tendencję: obecna koalicja bez szans na większość, za to silnie rozbita opozycja z prawicową z większością, ale mocno wątpliwa względem realnych możliwości porozumienia.
W tym układzie zamieszać mogą inne formacje obecne na scenie politycznej: PSL, Rozwój Plus i partia Razem. Warunkiem jest jednak ich bardzo dobry wynik, na który na razie się nie zanosi. Przykładowo sukces PSL-u mógłby spowodować, że partia ta dopełniłaby składu koalicji z KO i Lewicą i obecna władza przetrwałaby wybory (tyle, że już bez sił politycznych zapoczątkowanych przez Szymona Hołownię, których szansa na wejście do nowego Sejmu jest już tylko symboliczna). Z kolei dobry wynik formacji Morawieckiego mógłby sprawić, że PiS sięgnąłby po władzę w porozumieniu z tą partią i Konfederacją, bez włączania w koalicję kontrowersyjnej i trudnej do przełknięcia dla wielu umiarkowanych wyborców PiS-u partii Brauna.
Warunkiem jest jednak nie tylko dobry wynik Morawieckiego (obecne sondaże dają R+ około 5%, a więc na granicy progu wyborczego), ale i ponowne dogadanie się Jarosława Kaczyńskiego z byłym premierem z jego partii - to jednak nie jest wcale tak niemożliwe: wystarczy przypomnieć sobie casus Zbigniewa Ziobry, który najpierw z hukiem rozstał się z PiS-em, by w kilka lat później zostać wieloletnim ministrem w jego rządzie. Z kolei lewicowa partia Razem mogłaby być potencjalnym uzupełnieniem koalicji KO-Lewica, jednak trudno sobie to wyobrazić skoro nawet w obecnym Sejmie ludzie Zandberga odmówili udziału we władzy z kluczowych różnic światopoglądowych.
...i czarne łabędzie
Nie można też zapominać o znaczeniu zjawisk nieprzewidywalnych (tzw. "czany łabędź"), które potrafią momentalnie obrócić całą polityczną układankę - chodzi tu m.in. o napiętą sytuację międzynarodową i możliwe konsekwencje eskalacji tego napięcia ze strony Rosji. Mogłoby to doprowadzić do naprawdę potężnych przetasowań w skali międzynarodowej, w tym dotykających bezpośrednio Polskę.
Inna opcja to pojawienie się nowego, silnego gracza na scenie politycznej, który np. w kilka miesięcy zdobywa szerokie poparcie i staje się istotnym podmiotem. Takie sytuacje zdarzały się już w III RP, chociaż częściej dotyczyły wyborów prezydenckich niż parlamentarnych (np. fenomen Pawła Kukiza w 2015 roku). W obecnym układzie politycznym, który prezentuje coraz większe zmęczenie dominacją dwóch partii i tzw. wojną polsko-polską nic nie jest wykluczone.
Nie można również wykluczyć scenariusza egzotycznych koalicji, takich jak np. KO z Konfederacją - partia Tuska już wielokrotnie pokazywała się z elastycznej strony, jako taka, która nie ma problemu z położeniem akcentu na swoje prawe lub lewe skrzydło polityczne - wedle bieżącego zapotrzebowania. Tym mogłaby skusić partię Mentzena, choć zapewne wymogiem koalicjanta byłoby odejście z rządu Donalda Tuska - pytanie, czy ten ostatni zgodziłby się na taki scenariusz dla dobra i interesu swojej partii pozostaje otwarte.
Będzie druga Bruksela?
Jeśli jednak obecne prognozy i sondażowe przewidywania się sprawdzą, Polskę w 2027 roku może czekać bardzo poważny impas i kryzys rządowy, niczym ten z lat 2010-2011 w Belgii, gdzie przez 18 miesięcy od wyborów partie nie mogłyby dogadać się w sprawie powołania nowego rządu. To jednak oczywiście skrajny scenariusz, dużo bardziej prawdopodobny jest niestabilny rząd mniejszościowy (stworzony np. przez PiS i Konfederację), czy perspektywa przyspieszonych wyborów, a więc swoistej dogrywki politycznej w kilka miesięcy od pierwszych wyborów.
Ważną rolę może odegrać również prezydent Karol Nawrocki, który jako głowa państwa może wskazać pierwszego kandydata na urząd premiera. Choć tradycja nakazuje, że jest to lider lub przedstawiciel zwycięskiej partii, Nawrocki może wskazać dowolną inną osobę, która będzie miała szansę zebrania większości sejmowej pod swoją kandydaturą i sformowania rządu. Od tego kim będzie ta osoba zależy bardzo dużo i może to zmienić polityczny układ gry.
Scenariuszy jest więc bardzo wiele - na ten moment pewne jest jednak, że po raz pierwszy od wielu lat w nowym Sejmie stworzenie stabilnej koalicji rządowej będzie bardzo, bardzo trudne.