- Nominacja Przemysława Czarnka to – zdaniem Michała Syski – sygnał radykalizacji prawicy i odejścia od solidarystycznej polityki społecznej.
- Koalicja rządowa nie powinna opierać kampanii wyłącznie na straszeniu PiS, ale pokazywać własne osiągnięcia rządu.
- Nowa Lewica chce prowadzić aktywną politykę historyczną, odwołując się do tradycji PPS i demokratycznych ruchów niepodległościowych.
- Według Syski polska historia jest znacznie bardziej związana z tradycją socjalistyczną i demokratyczną, niż powszechnie się dziś uważa.
Czarnek i radykalizacja prawicy
„Super Express”: Czy Lewicę cieszy nominacja Przemysława Czarnka na kandydata Prawa i Sprawiedliwości na premiera?
Michał Syska: - To suwerenny wybór PiS, a czas pokaże, czy im się to opłaci. Niewątpliwie Przemysław Czarnek reprezentuje nurt radykalizacji, co budzi duże obawy z perspektywy demokratycznej. Jego język jest konfrontacyjny, często obraźliwy wobec różnych grup społecznych, co pogłębia polaryzację. Wizja rządu, na którego czele stoi pan Czarnek, a jego wicepremierami mieliby zostać panowie Braun i Mentzen, jest bardzo niebezpieczna. To kurs w kierunku wschodnim, a nie zachodnim; kurs przeciwko demokracji. Wymaga to pełnej mobilizacji po stronie obozu demokratycznego.
Lewica nie chce kampanii opartej tylko na straszeniu PiS
- Dla koalicji rządzącej to chyba „polityczne złoto” i wspaniały prezent od Jarosława Kaczyńskiego? Takiego przeciwnika łatwo użyć do mobilizacji własnego elektoratu.
- W polityce nie ma prezentów i nic nie zwalnia nas z wytężonej pracy. Wynik Lewicy i całej koalicji będzie zależał od naszych dokonań, a mamy się czym chwalić jako rząd. Przestrzegałbym przed opieraniem kampanii wyłącznie na straszeniu Czarnkiem. Musimy pokazywać własne osiągnięcia i realną alternatywę. Jednocześnie trzeba jasno wskazywać skutki ewentualnego przejęcia władzy przez ugrupowania antyeuropejskie i nacjonalistyczne, które dzielą Polaków w obliczu zewnętrznych zagrożeń.
- Czarnek zapewnia jednak, że „na 200 procent” nie widzi Grzegorza Brauna w swoim przyszłym rządzie. Pan mu wierzy?
- Nie wolno ufać zapewnieniom polityka, który z jednej strony atakuje odnawialne źródła energii, a z drugiej sam korzysta z tych technologii w prywatnym domu. Pamiętamy czasy pierwszego rządu PiS, gdy zarzekano się, że nie będzie koalicji z Samoobroną, po czym ją zawiązano. Nie przywiązuję żadnej wagi do tych deklaracji.
- W swoich wystąpieniach Czarnek uderza w transformację energetyczną, straszy umową Mercosur, wraca do wojen kulturowych i atakuje mniejszości seksualne. Czy to jeszcze działa na wyborców w 2026 roku?
- Ta skrajnie prawicowa, konfrontacyjna retoryka to strategia obliczona na walkę o głosy z Konfederacją. Pytanie, czy to poszerzy elektorat prawicy. Moim zdaniem – nie. Warto pamiętać, że wielu wyborców PiS głosowało na tę partię ze względu na programy socjalne, czasem wręcz wbrew jej ideologii. Nominacja Czarnka to zwrot w stronę społecznego darwinizmu zamiast solidaryzmu. To twardy kurs, który może zniechęcić umiarkowanych wyborców.
- PiS i Konfederacja wyraźnie inspirują się ruchem MAGA Donalda Trumpa. Czy kopiowanie tych wzorców sprawdzi się w Polsce, skoro w samych Stanach Zjednoczonych ten ruch zdaje się dostawać zadyszki przed nadchodzącymi wyborami?
- Większość Polek i Polaków patrzy dziś z ogromnym niepokojem na destabilizację sytuacji międzynarodowej i rosnące ceny energii czy paliw. W tym kontekście Prawo i Sprawiedliwość będzie pewnie coraz mniej chętnie fotografować się w czerwonych czapeczkach z napisem „Make America Great Again”. Ten atut przestaje być dla nich istotny w obliczu realnych kryzysów, które pojawiają się na arenie międzynarodowej i mogą mieć wpływ na portfele Polaków. Dziś ludzie oczekują stabilności i bezpieczeństwa, a nie kopiowania radykalnych wzorców zza oceanu.
Nowej Lewicy wyrwie politykę historyczną prawicy?
- Został pan szefem komisji historycznej Nowej Lewicy. Czy to oznacza, że lewica zamierza traktować historię jako poważne pole gry politycznej?
- Każda formacja polityczna potrzebuje tożsamości ideowej, a ta tożsamość określa, kim jesteśmy i o jaką przyszłość walczymy. Historia nie jest dla nas jedynie zbiorem dat, lecz ma być wskazówką i sygnałem, do jakich tradycji się odwołujemy oraz jakie postaci mogą być dla nas dzisiaj inspiracją. Dla Nowej Lewicy kwestia polityki pamięci to przede wszystkim sprawa dotycząca przyszłości. Chcemy pokazać wartości, które towarzyszą socjaldemokracji od dziesiątek lat, a które mogą stać się swoistą busolą w formułowaniu nowoczesnych programów społecznych i gospodarczych. Tożsamość historyczna buduje fundament, na którym konstruujemy naszą wizję państwa.
- Kiedy w 2013 roku, za czasów Leszka Millera, powstawał „Niezbędnik historyczny lewicy”, budził on spore emocje. Ówczesnemu SLD zarzucano półprawdy o PRL i kontrowersyjne próby odwoływania się do tradycji PPS. Jak ta pamięć wygląda dzisiaj? Czy Nowa Lewica czuje się kontynuatorką PPS, a jednocześnie docenia wysiłek modernizacyjny Polski Ludowej?
- Kwestie ocen wydarzeń historycznych, zwłaszcza z historii najnowszej, zawsze budziły i będą budzić spory oraz polemiki. To naturalny proces. Natomiast Nowa Lewica jest partią socjaldemokratyczną, należy do międzynarodowych struktur tego nurtu, więc tradycja Polskiej Partii Socjalistycznej jest nam niewątpliwie najbliższa. Ważne jest jednak, abyśmy z polskich tradycji lewicowych wybierali to, co dziś może być realną inspiracją w budowie demokratycznego i sprawiedliwego społeczeństwa. Historia ma nas uczyć, jak dążyć do równości, nie tracąc z oczu demokratycznego charakteru państwa.
Lewica chce odzyskać swoją część historii Polski
- Czy w tej opowieści mieści się pozytywna pamięć o PRL? Kilka lat temu elektorat nostalgiczny był dla lewicy istotny, ale w 2026 roku, ze względów demograficznych, wydaje się to już mniej kluczowe. Czy chcecie porzucić ten fundament tożsamości dawnego SLD?
- Nie da się wyrzucić życiorysów milionów ludzi, którzy po II wojnie światowej, wywodząc się z różnych środowisk, budowali taką Polskę, jaka ona wówczas była. Nikt nie ma wątpliwości, że ustrój polityczny PRL z dzisiejszego punktu widzenia był nieakceptowalny, ponieważ nie było to państwo demokratyczne. Z drugiej strony, nie można przekreślać dorobku wielu ludzi, którzy w ramach ograniczonej suwerenności starali się modernizować państwo. Mówimy tu o twórcach wybitnych dzieł kultury, jak filmy Andrzeja Wajdy czy wielka literatura, o ludziach budujących zakłady pracy, domy kultury i domy dla obywateli. To zasługuje na sprawiedliwą ocenę i nie będziemy przed nią uciekać. Sprzeciwiamy się kreowaniu czarno-białej historii, ponieważ losy Polski są skomplikowane i wymagają niuansowania.
- Czy w 2026 roku da się już rozmawiać o PRL bez emocji, nie narażając się na oskarżenia o „bycie komuchem” czy społeczny ostracyzm?
- Im dalej jesteśmy od roku 1989, tym większa staje się przestrzeń na obiektywną debatę, nieobarczoną doraźnymi emocjami politycznymi. Widzimy to w licznych publikacjach badaczy, socjologów czy reportażystów urodzonych np. w latach 80., którzy patrzą na ten okres z dystansem. Powstało wiele świetnych prac poświęconych historii społecznej PRL, które pokazują, że o tym czasie można mówić w sposób zniuansowany, pobudzający do pogłębionej refleksji, a nie tylko do politycznych tyrad.
- Dziś ostrze prawicowego antykomunizmu mocno się stępiło i przestało być centralnym elementem tożsamości prawicy. To dla lewicy, która z góry nie obraża się za PRL, to dobra wiadomość?
- To na pewno ułatwia merytoryczną dyskusję. Dla nas jako Nowej Lewicy najważniejsze jest jednak podkreślanie tych tradycji, które dążyły do budowy demokratycznego państwa. Żyjemy w czasach globalnego podważania zasad demokracji i musimy ocalić procedury przed zjawiskami takimi jak oligarchizacja życia politycznego. Dlatego tak istotne jest wyciąganie z historii Polski wątków walki o niepodległość kraju w pełni demokratycznego, zapewniającego równość wszystkim obywatelom bez względu na płeć, pochodzenie czy wyznanie. To wartości zapisane w konstytucji i one powinny wyznaczać naszą przyszłość.
- Czy lewicowa opowieść o historii może być dla młodych ludzi równie atrakcyjna jak ta prawicowa, narodowa?
- Oczywiście, że tak. Warto zauważyć, że wiele tradycji, na które powołuje się polska prawica, wypływa wprost z historii lewicy lub PPS. Postać Józefa Piłsudskiego i tradycja Legionów wywodzą się bezpośrednio z Organizacji Bojowej PPS i rewolucji 1905 roku. To lewica stała za pierwszym ustawodawstwem niepodległej Polski: prawami wyborczymi kobiet, ośmiogodzinnym dniem pracy, inspekcją pracy czy ubezpieczeniami społecznymi. Również w czasie II wojny światowej ludzie bliscy lewicy pełnili wiodące role w Państwie Podziemnym, Armii Krajowej czy Radzie Pomocy Żydom. Nawet Tadeusz Kościuszko, którego pomniki stoją w każdym mieście, jest symbolem postępowej, demokratycznej polityki. Znacząca część polskich dążeń niepodległościowych wiązała się z tradycją demokratyczną i lewicową, choć świadomość tego w społeczeństwie jest wciąż zbyt mała. Mamy tu duże pole do działania.
- Kogo w takim razie Nowa Lewica chciałaby wyciągnąć z zapomnienia i uczynić ikoną swojej tożsamości?
- W tym roku obchodzimy stulecie urodzin Jana Józefa Lipskiego. To postać wybitna – działacz opozycji w PRL, współzałożyciel KOR, senator Solidarności, a jednocześnie człowiek, który w podziemiu wskrzeszał PPS. Jego słynny esej „Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy” z 1981 roku jest dziś niezwykle aktualny; uczył w nim, jak odróżniać patriotyzm oparty na szacunku do innych od szowinizmu i nacjonalizmu. Drugą taką postacią jest Halina Krahelska – słynna inspektorka pracy i działaczka niepodległościowa. W II RP współtworzyła fundamenty ochrony robotników, a w czasie wojny działała w konspiracji. Takich postaci jest bardzo wiele i zasługują one na należne miejsce w panteonie narodowym.
- Wiem, że jest pan pasjonatem sportu i lubi przypominać, że takie kluby jak Raków Częstochowa, Widzew Łódź czy Znicz Pruszków mają socjalistyczny rodowód, choć we współczesnej Polsce, gdzie ruch kibicowski ma silnie prawicowe nacechowanie wielu o tym nie pamięta.
- To doskonały przykład tego, jak bardzo zapomniane są lewicowe tradycje. Mało kto z dzisiejszych bywalców stadionów wie, że te kluby były zakładane przez PPS i wchodziły w skład Robotniczych Stowarzyszeń Sportowych. Łączył je wspólny etos: sport miał służyć poprawie losu młodzieży robotniczej, istniały autonomiczne rozgrywki robotnicze, a działacze i zawodnicy byli silnie zaangażowani społecznie. We wrześniu 1939 roku to właśnie oni, ukształtowani w orbicie PPS, byli w pierwszym szeregu obrońców Polski. Historia polskich dążeń modernizacyjnych i niepodległościowych jest nierozerwalnie związana z tradycją socjalistyczną, co dla większości społeczeństwa pozostaje dziś wiedzą nieznaną. Chcemy to zmienić.
- Jak na tym tle oceniacie politykę historyczną waszych koalicjantów? Platforma Obywatelska była często krytykowana za jej ignorowanie i oddawania prawicy pamięci historycznej walkowerem.
- Potrzebujemy dziś alternatywy dla polityki historycznej, która dzieli. Chcemy takiej, która łączy. Oczywiście każda formacja ma swoje tradycje: my PPS, PSL odwołuje się do Witosa. Jednak instytucje państwowe powinny kreować politykę pamięci, która szanuje różne perspektywy. Mamy złe doświadczenia z lat, gdy polityka ta została zawłaszczona przez radykalne środowiska, zamieniając patriotyzm w nacjonalizm. Wyzwaniem jest stworzenie formuły, gdzie wspólnym mianownikiem są wartości demokratyczne i niepodległościowe przy jednoczesnym jasnym wytyczeniu granicy między miłością do ojczyzny a szowinizmem.
Rozmawiał Tomasz Walczak