Jedyna kobieta wśród legendarnych Cichociemnych. Poznajcie historię Elżbiety Zawackiej

2026-01-11 4:26

Brytyjska autorka książki „Agentka Zo” przypomina niezwykłą historii bohaterki II wojny światowej Elżbiety Zawackiej. - To była kobieta o wybitnym umyśle. Studiowała matematykę. Co ciekawe, jej nauczycielem był ten sam profesor, który uczył Mariana Rejewskiego, człowieka, który złamał kod Enigmy - mówi Clare Mulley brytyjska biografka kobiet walczących w II wojnie światowej.

To był najbardziej tragiczny w skutkach konflikt zbrojny w historii świata. 84 lata temu wybuchła II wojna światowa

i

Autor: Narodowe Archiwum Cyfrowe

„Super Express”: - Pani książka o niezwykłych przypadkach Elżbiety Zawackiej – łączniczki Komendy Głównej AK i bohaterki wojennej to kolejna próba przywracania pamięci o kobietach walczących w czasie II wojny światowej. To, że takie publikacje powstają dopiero współcześnie, pokazuje, że ciągle mamy problem, by docenić rolę kobiet w historii?

Clare Mulley: - Kobiety zawsze były obecne w samym sercu wydarzeń historycznych, ale my, jako społeczeństwo, przez dekady nie potrafiliśmy właściwie opowiadać o ich losach. Nawet jeśli decydujemy się na ich upamiętnienie, mamy niepokojącą tendencję do nadmiernego romantyzowania ich biografii.

- W jakim sensie?

- Zbyt często skupiamy się na ich poświęceniu i odwadze – co jest oczywiście słuszne i konieczne, by oddać hołd tym, które oddały życie za wolność – ale przy okazji wpadamy w pułapkę estetyki. W literaturze czy filmie niemal zawsze podkreśla się, jak piękne rzekomo były te agentki. Tymczasem rzeczywistość wywiadu była zgoła inna: nie trzeba być pięknym, by być skutecznym, a wręcz przeciwnie – uroda mogła przeszkadzać w „znikaniu” w tłumie. Za rzadko rozmawiamy o ich realnych osiągnięciach, o profesjonalizmie i o tym, jak niesamowicie efektywne potrafiły być w swoim fachu, często przewyższając w tym mężczyzn. Czas najwyższy przestać traktować ich losy jako barwne anegdoty dopisane do „prawdziwej” historii.

- Faktycznie, często traktuje się kobiety jako tło dla męskich bohaterów. Jak to wyglądało w praktyce wojennej?

- Kobiety w latach 40. były systematycznie niedoceniane i ignorowane. Zwłaszcza na początku wojny niemiecki reżim nazistowski nie wierzył, by kobiety były zdolne do strategicznego myślenia, planowania czy odgrywania jakiejkolwiek istotnej roli w ruchu oporu. Ta ignorancja okupanta stała się dla polskiego podziemia potężną bronią. Podczas gdy sprawni mężczyźni w wieku poborowym byli natychmiast podejrzani i poddawani kontrolom przy każdym wyjściu na ulicę, kobiety mogły swobodniej podróżować. Robiły to pod pretekstem opieki nad chorymi członkami rodziny, prowadzenia drobnych interesów czy zdobywania żywności dla dzieci. Niemcy patrzyli na nie jak na niegroźnych cywilów, a one w tym czasie przenosiły rozkazy, broń i mikrofilmy

- Wspomniała Pani o „znikaniu w tłumie”. Jakie konkretne przewagi dawała kobietom ta niewidzialność?

- Wykorzystywały one swoje codzienne role w sposób absolutnie genialny. Kobiety pracujące jako tłumaczki, sekretarki czy sprzątaczki w biurach okupacyjnych miały bezpośredni dostęp do dokumentów i planów wroga. Te zatrudnione na poczcie czy w centralach telefonicznych mogły podsłuchiwać rozmowy i dyskretnie otwierać listy. Nawet praczki czy pracownice piekarni odgrywały kluczową rolę – monitorując nagłe zmiany w zamówieniach chleba czy prania dla konkretnych garnizonów, potrafiły z wyprzedzeniem przewidzieć ruchy wojsk. To nie była marginalna pomoc; to był fundament funkcjonowania państwa podziemnego. Elżbieta Zawacka nie stała się częścią tego świata przez przypadek; ona była do tej roli systemowo przygotowywana.

Polityka SE Google News

- Jakie ścieżki ją do niej doprowadziły?

- Jej patriotyzm był głęboko zakorzeniony w dzieciństwie i trudnej historii Torunia, gdzie urodziła się w 1909 roku. Wówczas te tereny były częścią zaboru pruskiego. Elżbieta wychowywała się w niemieckiej kulturze, jej pierwszym językiem był niemiecki, a w szkole używała imienia Elizabeth. Jednak w domu, dzięki rodzicom, zawsze czuła się Polką. Jednym z jej najbardziej formujących wspomnień był moment po zakończeniu I wojny światowej, gdy zobaczyła swojego ojca – silnego mężczyznę, weterana – płaczącego ze wzruszenia, gdy po raz pierwszy na ulicach wyzwolonego Torunia usłyszał publicznie grany polski hymn. Sama mawiała później, że patriotyzm wyssała z mlekiem matki. To poczucie obowiązku miała w swoim DNA. Opowiadała historie o swojej babci, która wylewała naftę na kapustę, by pruscy żołnierze nie mogli jej zjeść – to była rodzinna tradycja oporu przekazywana z pokolenia na pokolenie.

- Nie była jednak tylko „patriotką z powołania”. Miała też niezwykłe przygotowanie merytoryczne.

- To była kobieta o wybitnym umyśle. Studiowała matematykę. Co ciekawe, jej nauczycielem był ten sam profesor, który uczył Mariana Rejewskiego, człowieka, który złamał kod Enigmy. Matematyka dała jej analityczny sposób myślenia, tak niezbędny w wywiadzie. Już na studiach dołączyła do Przysposobienia Wojskowego Kobiet (PWK), gdzie szybko awansowała na starszą instruktorkę. To nie była zabawa w wojsko – Elżbieta potrafiła świetnie strzelać, jeździć konno i prowadzić pojazdy mechaniczne. Gdy wybuchła wojna, nie musiała się uczyć walki od zera; 1 września 1939 roku o piątej rano stała już w mundurze, gotowa do realizacji przydzielonych jej zadań.

- Jak wyglądały jej pierwsze kroki w walce zbrojnej i jak trafiła do wywiadu?

- Początkowo brała udział w obronie Lwowa, gdzie pomagała utrzymać korytarz dla polskich sił przebijających się za granicę. Jednak po upadku kampanii wrześniowej wróciła do zachodniej części kraju i uznała, że zbieranie informacji będzie jej najbardziej pożytecznym wkładem w walkę. Sama zgłosiła się do przywódców rodzącego się oporu, którzy natychmiast docenili jej potencjał. Stworzyła siatkę wywiadowczą na Śląsku, złożoną niemal wyłącznie z kobiet. To ona co tydzień analizowała spływające dane, przeprowadzała operacje „czyszczenia” informacji i osobiście, jako kurierka, zawoziła gotowe raporty do Warszawy.

- Bycie kurierką w tamtych czasach to niemal wyrok śmierci. Jak udawało jej się unikać wpadki przez tak długi czas?

- Używała niesamowitych forteli i miała nerwy ze stali. Przez długi czas szmuglowała dane w specjalnie przygotowanej szczotce do ubrań, która miała odchylany tył skrywający mikrofilmy. Wykorzystywała też trzonki od kluczy czy mosiężne zapalniczki, które – co fascynujące – mimo ukrytego ładunku normalnie działały i pozwalały odpalić papierosa. Obliczyła, że przekraczała wojenne granice ponad sto razy, zanim przestała liczyć, wierząc, że dalsze rachunki mogą przynieść pecha. Wielokrotnie była o włos od aresztowania. Kiedyś musiała wyskakiwać z pędzącego nocnego ekspresu z Krakowa do Warszawy, bo zorientowała się, że Niemcy znają już jej nazwisko i twarz.

- Mimo że była spalona na tej trasie, podjęła się misji, która wydaje się niemożliwa: podróży do Londynu.

- Tak, generał Stefan Rowecki „Grot” mianował ją swoją osobistą emisariuszką do rządu w Londynie. Miała do przebycia tysiąc mil przez terytorium wroga, niosąc ze sobą dwa mikrofilmy i kluczowe informacje polityczne. Podróżowała jako sekretarka fikcyjnej niemieckiej firmy naftowej, co dawało jej wiarygodny powód do przemieszczania się po Europie. W Paryżu przeżyła chwile grozy, gdy niemieccy urzędnicy w ministerstwie zatrzymali jej sfałszowane papiery na noc, by „lepiej im się przyjrzeć”. Musiała ukryć mikrofilmy w pokoju i rano, z kamienną twarzą, wrócić po dokumenty. Zamiast kajdanek usłyszała jednak pochwałę: Niemcy chcieli zostawić jej papiery jako wzór doskonałej jakości dokumentów do porównywania z podróbkami!

- To brzmi jak scenariusz filmu szpiegowskiego. A co z dalszą częścią trasy?

- Jej determinacja nie miała granic. W pewnym momencie ukryła się w zbiorniku na wodę w osobistym pociągu kolaboracyjnego premiera Pierre’a Lavala. Prawie utonęła, gdy pompy zaczęły uzupełniać wodę, a jej piękny niebieski płaszcz został kompletnie zniszczony. Później trzykrotnie, w mroźnym marcu, próbowała sforsować Pireneje. Za trzecim razem udało się, choć jej towarzysze zostali aresztowani. Przez neutralną, ale nieprzyjazną Hiszpanię dotarła do Gibraltaru, skąd statkiem transportowym dopłynęła do Liverpoolu w maju 1943 roku. Była jedyną osobą z kilku wysłanych kurierów, która dotarła do celu, nie tracąc powierzonych jej mikrofilmów.

- Jak przyjęli ją Polacy i Brytyjczycy w Londynie? Czy doceniono skalę jej osiągnięć?

- To był dla niej trudny czas ze względu na wszechobecny seksizm. Oficerowie MI5, którzy przesłuchiwali każdego przybywającego z okupowanej Europy, byli poirytowani jej postawą. Zawacka, jako lojalna żołnierka, odmówiła przekazania informacji Brytyjczykom, dopóki nie zapoznają się z nimi polskie władze. W oficjalnych dokumentach brytyjskich nazywano ją protekcjonalnie „kapitanem w spódnicy”. Mężczyźni w Londynie, którzy od lat nie widzieli realiów okupacji, próbowali ją „zmiękczać” flirtem. Dla kobiety, której brat został zamordowany przez gestapo, a siostra cierpiała w obozie w Ravensbrück, było to zachowanie nie tylko absurdalne, ale wręcz obraźliwe. Elżbieta nie traciła jednak czasu – szkoliła Cichociemnych, ucząc ich, jak przeżyć w kraju. Ostrzegała ich przed drobiazgami, które mogły ich zdradzić, jak proszenie w sklepie o towary, których nie widziało się na oczy od trzech lat.

- Najważniejszym punktem jej misji była jednak walka o status kobiet w armii.

- Zdecydowanie. To była jej wielka, osobista krucjata. Chciała, by kobiety w Armii Krajowej miały oficjalne stopnie wojskowe, żołd i – co najważniejsze – ochronę wynikającą z Konwencji Genewskiej. Bez tego, po schwytaniu z bronią w ręku, kobiety były traktowane jak bandytki i natychmiast rozstrzeliwane. Wielu oficerów w Londynie nie mogło pojąć idei kobiety-żołnierza. Elżbieta sama przygotowała projekt dekretu, który ostatecznie podpisał generał Sosnkowski tuż przed upadkiem powstania warszawskiego. To dzięki jej uporowi po powstaniu Niemcy zostali zmuszeni do utworzenia obozów jenieckich dla kobiet, co uratowało życie tysiącom z nich.

- Zamiast zostać w bezpiecznym Londynie, Elżbieta zdecydowała się na powrót. I to w najbardziej brawurowy sposób.

- Proponowano jej wygodne życie w Londynie czy Szkocji, ale ona chciała wracać do służby w kraju. Gdy usłyszała, że jedyną drogą powrotną jest skok spadochronowy, ale „jako dama” nie powinna tego robić, po prostu zignorowała te uprzedzenia. We wrześniu 1943 r. została jedyną kobietą-Cichociemną, którą przerzucono do okupowanej Polski, skacząc właśnie ze spadochronem. Wkrótce potem wybuchło powstanie warszawskie. Elżbieta była rozczarowana, że nie przydzielono jej karabinu na pierwszej linii frontu; zamiast tego zajmowała się logistyką, zaopatrzeniem i wytyczaniem bezpiecznych przejść przez płonące miasto. Znała Warszawę jak nikt inny dzięki swojej pracy kurierskiej.

- Co działo się z nią po upadku powstania?

- Nie poszła do niewoli z innymi żołnierkami. Miała ostatnie rozkazy od komendanta, które musiała wypełnić. Ukryła się wśród ludności cywilnej i wraz z koleżanką wskoczyła na tył niemieckiej ciężarówki pełnej końskich podków, które okupant wywoził do przetopienia. Tak uciekła z transportu, dotarła do zaprzyjaźnionego klasztoru w Szymanowie, a stamtąd do Krakowa, by kontynuować pracę konspiracyjną aż do końca wojny. Wierzyła, że teraz najważniejsza będzie odbudowa kraju poprzez edukację.

- Nowa, komunistyczna Polska okazała się dla niej równie niebezpieczna jak ta pod niemiecką okupacją?

- To jedna z największych ironii i tragedii jej życia. Kobieta, która sto razy przekraczała granice III Rzeszy i skakała ze spadochronem, została aresztowana przez własnych rodaków w 1951 r. Pretekstem był znaleziony przy niej banknot 10-dolarowy z odprawy demobilizacyjnej. Skazano ją na 10 lat więzienia, z czego odsiedziała sześć. Była torturowana, ale nigdy nie wydała nikogo. Nawet w celi kontynuowała swój opór – uczyła współwięźniarki matematyki, używając liter wyciętych z ziemniaków. Pomagała im zachować godność i poczucie własnej wartości, co sprawiło, że w jej celi drastycznie spadła liczba samobójstw.

- Miała też niezwykle dużo szczęścia i dożyła upadku komunizmu w Polsce.

- To najpiękniejszy akcent tej historii. Elżbieta Zawacka zmarła w 2009 r., zaledwie dwa tygodnie przed swoimi setnymi urodzinami, w wolnej i demokratycznej ojczyźnie jako generał brygady. Do końca swoich dni była aktywna, wspierała Solidarność i dbała o to, by historia kobiet w wojsku została rzetelnie spisana. Była osobą o niezwykłym poczuciu humoru, a jednocześnie twardą jak stal. Można ją porównać do pancernika – niezniszczalna, zawsze wierna kursowi i gotowa na każde starcie, jeśli wymagało tego dobro Polski.

Rozmawiał Tomasz Walczak

Express Biedrzyckiej - Byrt

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki