W każdym razie zapanowała panika, podsycana przez dziennikarzy. Ku chwale władz PRL zaznaczam, że starały się przeciwdziałać panice - ale kto by tam wierzył władzy? Uwierzono dziennikarzom - zapominając, że oni żyją z tego, by straszyć, by szerzyć panikę i robić widły z igły.
Jako odtrutkę na straszliwe promieniowanie proponowano płyn Lugola lub po prostu roztwór jodyny. Oczywiście nikomu nic się z powodu promieniowania nie stało - natomiast były tysiące zatruć, bo nadgorliwcy pili te zbawcze roztwory w nadmiarze, wspomagając często gęsto ich działanie wódką.
To samo jest z huraganem "Irma". Dziennikarze histeryzują, że w Ameryce Środkowej "Irma" zabiła 25 osób. Mogę się założyć, że bez huraganu "Irma" umierało w Ameryce Środkowej znacznie więcej niż 25 osób - a z powodu "Irmy" umierało mniej, bo w obliczu zagrożenia organizm się mobilizuje i nabiera odporności.
Potem zrobiono histerię, że "z szybkością 300 km/h uderzy we Florydę". W rzeczywistości "Irma" już nad Kubą miała 200 km/h, a nad Florydą co najwyżej 160 - co zdarza się i w Polsce. Jest charakterystyczne, że sukinsyny z rozmaitych stacyj telewizyjnych wzywały do natychmiastowej ucieczki z Florydy... a same posyłały na Florydę ("na pewną śmierć"...) dziennikarzy i kamerzystów, którzy "bohatersko" relacjonowali, co się dzieje.
A co się działo?
Co najmniej 50 000 plądrujących z rozmaitych gangów, na ogół murzyńskich, ale nie tylko - rabowało co mogło, a potem paliło domy, by zatrzeć po sobie ślady. Straty spowodowane przez tych rabusiów są na pewno znacznie większe niż straty z powodu huraganu.
Takie są skutki, gdy ludzie wierzą panicznym doniesieniom dziennikarzy i ulegają panice.
Panikę wzbudzić łatwo. Zapali się w kinie jakiś papierek, ktoś dziko wrzaśnie "Pożar!" - i ze dwadzieścia osób zostanie zadeptanych na śmierć. Z powodu kompletnie błahego.
Dlatego dobrze radzę: gdy coś czytacie u dziennikarzy, automatycznie dzielcie to przez trzy!