Jeżeli potwierdziłaby się informacja, że za dwa miliony można było "załatwić" sobie wyrok w SN, to byłby to skandal, przy którym sprawa Milewskiego to pikuś. Piszę "jeżeli", bo sprawa jest zawiła i nie mam żadnych dowodów, że do korupcji w SN doszło.
Wczorajsza publikacja w "Gazecie Polskiej" - obszerna i bogata w liczne szczegóły - sprawy nie przesądza. Bo może być z nią tak samo jak z informacją, którą "GP" ujawniła jakiś czas temu - że jeden z oficerów BOR, który leciał prezydenckim samolotem, kilka minut po katastrofie rozmawiał z żoną. Bardzo szybko okazało się, że nie rozmawiał, bo już nie żył.
Nie wiem, czy prasowe przecieki w sprawie rzekomej korupcji to efekt wojny w prokuraturze albo kolejna odsłona nagonki na Andrzeja Seremeta, czy raczej działanie bezradnych śledczych, którym z przyczyn politycznych utrącono śledztwo, a które za wszelką cenę chcą kontynuować, bo wiedzą, że doszło do przyjęcia łapówki.
Ale fakt, że prokuratura umorzyła sprawę - i to tylko dlatego, że dowody podobno zostały zebrane bez podstawy prawnej - potęguje spekulacje. Im szybciej zostaną one przecięte, a sprawa w pełni wyjaśniona, tym szybciej odzyskamy zaufanie do wymiaru sprawiedliwości, które wielu utraciło.