„Super Express”: - Pałac Prezydencki oraz Karol Nawrocki czekają od tygodnia na odpowiedź w sprawie kompromisu dotyczącego nominacji ambasadorskich, który miał zostać wypracowany z ministrem Sikorskim. Dlaczego resort lekceważy w tej kwestii głowę państwa?
Marcin Bosacki: - To państwo polskie i nasz interes narodowy czekają od pół roku, aby prezydent Karol Nawrocki zaczął podpisywać jakiekolwiek nominacje ambasadorskie. Nawet prezydent Andrzej Duda, choć odrzucał część kandydatur, inne jednak zatwierdzał. Obecnie, po raz pierwszy w historii Rzeczypospolitej, mamy do czynienia z sytuacją, w której urzędujący prezydent bojkotuje swoje obowiązki i przez sześć miesięcy nie podpisał żadnej nominacji. Jest to działanie szkodliwe nie tylko dla wizerunku, ale przede wszystkim dla interesów kraju. Przypominam, że w ubiegłym tygodniu odbyło się już drugie spotkanie wicepremiera Sikorskiego z prezydentem Nawrockim, a MSZ już w październiku przedstawiło bardzo daleko idącą propozycję kompromisową, na którą wciąż nie ma konstruktywnej odpowiedzi.
- Minister Przydacz twierdzi jednak, że to Pałac czeka na ruch MSZ po ostatnim spotkaniu. Czy to przeciąganie liny ma jakiś realny cel, czy po prostu będziemy trwać w tym zawieszeniu?
- Niestety pat trwa, a pan prezydent próbuje uzurpować sobie prerogatywy, których konstytucyjnie nie posiada, co w efekcie sprowadza się do sabotowania wyboru polskich ambasadorów. Prezydent uczestniczy w procedurze, bierze udział w pracach Konwentu, debatuje nad propozycjami, ale na samym końcu odmawia złożenia podpisu. Mamy kilkadziesiąt nominacji do zatwierdzenia, z których ponad 80 proc. to zawodowi, profesjonalni dyplomaci z 20- czy 30-letnim stażem, którzy rzetelnie służyli wszystkim rządom Rzeczypospolitej. Jeśli prezydent nie chce ich podpisać, powinien jasno wytłumaczyć narodowi powody swojej decyzji. Klucz do rozwiązania tej gorszącej i szkodliwej sytuacji leży wyłącznie po stronie prezydenta.
- Mówi pan o sabotażu. Z czego, pana zdaniem, wynika taka postawa ośrodka prezydenckiego?
- Wynika to z realizacji tak zwanej doktryny Cenckiewicza, która polega na sypaniu piachu w tryby rządu. To nie jest prowadzenie polityki państwowej, lecz uprawianie polityki na rzecz konkretnej partii – PiS-u. Brak ambasadorów w pełnej randze, na przykład w tak kluczowym miejscu jak Stany Zjednoczone, na pewno nam nie pomaga. Choć polska dyplomacja jest na tyle sprawna, że radzi sobie pod kierownictwem kompetentnych chargé d’affaires, to dla autorytetu i sprawczości naszych placówek byłoby znacznie lepiej, gdyby na ich czele stali pełni ambasadorowie.
- Czy w ramach poszukiwania kompromisu minister Sikorski byłby skłonny wycofać kandydaturę Bogdana Klicha, gdyby prezydent zaakceptował kandydaturę pana Nejdera?
- Nie będę wchodził w szczegóły dyskusji personalnych, gdyż jest to domena bezpośrednich rozmów między wicepremierem a prezydentem. Mogę jedynie potwierdzić, że minister Sikorski wielokrotnie deklarował gotowość do daleko idącego kompromisu, obejmującego nawet kandydatury najbardziej kontrowersyjne dla prezydenta Nawrockiego. Musi to być jednak porozumienie oparte na zdrowym rozsądku i uznaniu zasady, że większość nominacji powinna trafiać w ręce zawodowych dyplomatów.
- Na przyszłą środę, 11 lutego, prezydent zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Problem w tym, że dokładnie na ten sam dzień zaplanowano doroczne exposé ministra spraw zagranicznych. Czy to przypadek?
- To oczywista, celowa złośliwość i kolejna próba sypania piachu w tryby rządu. To działanie rodem z piaskownicy, mające na celu przykrycie ważnego, dorocznego wydarzenia, jakim jest exposé dotyczące polityki zagranicznej. Data wystąpienia ministra Sikorskiego była znana od kilku tygodni, a prezydent nagle, na tydzień przed terminem, zwołuje RBN w tematach, które można uznać za dość absurdalne. Podziwiam umiejętność ministrów kancelarii prezydenta do mówienia nieprawdy z pokerową twarzą, gdy sugerują, że daty exposé nie można było być pewnym. To dowód na to, że prezydent bawi się w działalność PR-ową zamiast realnie pomagać państwu w sprawnym funkcjonowaniu.
- Jak w takim razie ministerstwo zamierza rozwiązać ten konflikt terminów? Czy minister Sikorski pojawi się na Radzie?
- Minister z całą pewnością się pojawi. Exposé zacznie się rano i potrwa około godziny lub półtorej, a następnie rozpocznie się debata. Jeśli prezydent organizuje swój event o 14:00, to premier Tusk oraz wicepremierzy Sikorski i Kosiniak-Kamysz będą musieli udać się do Pałacu, a ja prawdopodobnie będę zastępował ministra Sikorskiego w ławach rządowych. Najbardziej poszkodowani będą posłowie, których merytoryczne wystąpienia zostaną przyćmione przez widowisko telewizyjne w kancelarii prezydenta. Nasza polityka jest stabilna i przewidywalna, ale świat wokół nas zmienia się dramatycznie i to zostanie odnotowane w wystąpieniu ministra.
- Jednym z tematów RBN ma być pożyczka na program SAFE. Dlaczego budzi ona takie emocje w Pałacu, skoro to środki na nasze bezpieczeństwo?
- Ponieważ celem tej prezydentury jest sypanie piachu w tryby rządu. Mechanizm SAFE to 170-180 miliardów złotych na polską obronność i wzmocnienie granic. Ta pożyczka jest dla nas niezwykle korzystna: jest niżej oprocentowana niż kredyty rynkowe, jest gwarantowana przez Unię Europejską i ma charakter długoterminowy. Nie ma ona żadnych złych stron. Tylko szaleniec lub szkodnik mógłby kwestionować mechanizm, który tak realnie wzmacnia nasze bezpieczeństwo.
- Prezydent chce też rozmawiać o udziale Polski w radzie pokoju Donalda Trumpa. Czy ta propozycja jest w ogóle rozważana?
- Robienie z tego medialnego cyrku uniemożliwia poważną rozmowę. W obecnej formie nie ma tam dla nas miejsca, skoro zaproszono Putina i Łukaszenkę, a z Europy dołączyły jedynie Węgry Orbana. Ponadto, członkostwo wymagałoby wpłaty miliarda dolarów rocznie na rzecz instytucji, która jest de facto rodzajem fundacji. Jeśli prezydent Nawrocki złożył Donaldowi Trumpowi deklarację uczestnictwa bez konsultacji z rządem, to być może będzie musiał ten miliard płacić z własnych pieniędzy, bo to rząd, zgodnie z konstytucją, prowadzi politykę zagraniczną.
- Najbardziej kontrowersyjnym punktem RBN wydaje się kwestia „wschodnich kontaktów” marszałka Czarzastego. Jak pan to skomentuje?
- To kolejna próba robienia polityki przy użyciu poważnej instytucji państwowej. Gdyby prezydent chciał się czegoś realnie dowiedzieć, zapytałby o to służby po cichu, zgodnie z procedurą. Marszałek Czarzasty, jako druga osoba w państwie, został wnikliwie sprawdzony i posiada dostęp do informacji o najwyższej klauzuli tajności, co oznacza, że nic nie ma tu na rzeczy. To absurdalne, że prezydent chce badać kontakty marszałka, podczas gdy jego własny szef BBN, Sławomir Cenckiewicz, nie posiada poświadczenia bezpieczeństwa.
Rozmawiała Kamila Biedrzycka, tw