Antytrumpizm to polityczne złoto? Prof. Chwedoruk: „W Polsce właśnie pęka mit Zachodu”

2026-02-15 4:07

Czy krytyka Donalda Trumpa może stać się realnym kapitałem politycznym w Polsce? Prof. Rafał Chwedoruk z Uniwersytetu Warszawskiego analizuje rosnące napięcie na osi Bruksela–Waszyngton, zmianę pokoleniową w Polsce i możliwe skutki dla wyborów w 2027 roku. Jego zdaniem tradycyjny, bezkrytyczny obraz Zachodu właśnie się kończy.

Prezydent Donald Trump

i

Autor: AKPA/ AKPA
  • Antytrumpizm może wzmocnić Lewicę jako mniejszego, ale bardziej wyrazistego koalicjanta
  • Młode pokolenie Polaków inaczej patrzy na USA niż ich rodzice
  • Pęka tradycyjny polski „okcydentalizm” – emocje przesuwają się w stronę Europy
  • Spór Bruksela–Waszyngton może stać się jedną z osi wyborów w 2027 roku

Bruksela kontra Waszyngton. Nowa oś wyborów 2027?

„Super Express”: - Sprawa krytyki marszałka Czarzastego ze strony ambasadora USA wywołała nie tylko sporą awanturę, ale zainspirowała tezę, że marszałek Lewicy buduje swoją pozycję na wewnętrznej scenie politycznej, próbując zagospodarować powiększający się niechętny Donaldowi Trumpowi elektorat. Pytania tylko, czy antytrumpizm to w polskich warunkach realne paliwo polityczne?

Prof. Rafał Chwedoruk: - Na tę sytuację należy patrzeć w dwóch płaszczyznach: krótkoterminowej oraz długoterminowej. Lewica stała się obecnie drugim podmiotem koalicji rządzącej i wzmocniła się politycznie, właściwie nie ruszając się z miejsca, w którym dotąd się znajdowała. Trzeba pamiętać, że polska polityka koalicyjna opiera się dziś w dużej mierze na przepływach wyborców między Lewicą a Koalicją Obywatelską Donalda Tuska. W tym układzie Lewica, będąc podmiotem mniejszym, ale stosunkowo stabilnym, może pozwolić sobie na znacznie odważniejsze ruchy niż KO. Może głośno i wprost artykułować opinie, które podziela wielu wyborców czy nawet działaczy samej Platformy, ale których ich liderom nie wypada wypowiadać ze względów dyplomatycznych czy strategicznych. Status mniejszego koalicjanta i lewicowa tożsamość dają tu pewien komfort szczerości.

- Szczerość się opłaci?

- Cóż, przede wszystkim w wiek wyborczy wchodzą obecnie roczniki, które socjalizowały się już w rzeczywistości pełnej integracji Polski ze światem zachodnim. Dla tych młodych ludzi obecność w NATO, Unii Europejskiej czy sojusz z USA to po prostu codzienność, stan zastany, a nie wielkie marzenie czy spełnienie aspiracji, jak to było w przypadku wcześniejszych pokoleń. To rodzi nową łatwość w krytykowaniu działań amerykańskiej administracji. Warto zauważyć, że niektórzy poprzednicy Donalda Trumpa podejmowali decyzje znacznie bardziej kontrowersyjne, jak ataki na Irak, Afganistan czy interwencja w Jugosławii w 1999 roku. Wtedy jednak większość społeczeństwa, choć zróżnicowana, była skłonna te działania akceptować. Dziś to się zmienia – działania Trumpa, nawet te o mniejszej skali, budzą masowe negatywne reakcje.

- Czy to oznacza, że pęka pewien bezkrytyczny obraz Zachodu, który budowaliśmy sobie jako społeczeństwo przez dekady?

- Zdecydowanie tak. Nasz tradycyjny okcydentalizm został ukształtowany w latach 80. przez pokolenie opozycyjnej inteligencji z czasów stanu wojennego. Wtedy wizja świata była czarno-biała: istniał dobry Zachód z USA na czele oraz zły świat niezachodni. Dziś ta wizja na naszych oczach pęka. Nie chodzi o to, że Polacy chcą masowo przejść na „drugą stronę”, bo realnej alternatywy po prostu nie ma – Rosja Putina nie jest żadnym projektem cywilizacyjnym, a Chiny to inna kategoria. Ten okcydentalizm pęka wewnątrz. To jest moment, w którym rodzice się rozchodzą – mama Europa i tata Stany Zjednoczone zaczynają podążać w różnych kierunkach. W tej sytuacji wśród obywateli następuje naturalne dzielenie emocji. Większość zaczyna czuć silniejszy, codzienny związek z Europą niż z USA. Donald Trump tylko to potęguje, działając w sposób ostentacyjny, nie dbając o opakowanie swoich decyzji w dyplomatyczne formy czy próby poważniejszej legitymizacji.

- Z jednej strony mamy lewicę sprzeciwiającą się Trumpowi, z drugiej prawicę, która traktuje go jako swojego głównego patrona. Czy te emocje mogą realnie wpłynąć na wynik wyborów w 2027 r.?

- Podział na osi Bruksela–Waszyngton czy Paryż–Nowy Jork nałoży się na główne linie pęknięć w polskim społeczeństwie, szczególnie wśród wyborców powyżej 40. roku życia. Ma to podłoże znacznie głębsze niż tylko bieżąca polityka. Platforma, Lewica i PSL od lat są silnie zintegrowane z europejskim systemem partyjnym, podczas gdy polska prawica często lewitowała w próżni, nie mogąc znaleźć trwałych sojuszników na kontynencie. Do tego dochodzą czynniki historyczne i geograficzne. Na mapie poparcia prawicy – na Podhalu, Podkarpaciu czy w dawnym łomżyńskiem – wciąż żywy jest mit USA jako miejsca, dokąd wyjeżdżało się zarabiać dolary na emeryturę. Z kolei ziemie zachodnie i północne są organicznie zintegrowane z europejskim rynkiem pracy i przygranicznym handlem. Te dwa światy mają zupełnie inne punkty odniesienia.

- Co może ten proces pogłębić w najbliższych latach?

- Kluczowa będzie nieuchronna dyskusja o pogłębieniu integracji europejskiej. Paradoksalnie, rosyjska agresja na Ukrainę, będąca dla Europy katastrofą, stała się dla elit unijnych impulsem do wzmocnienia integracji w wymiarze politycznym, a nie tylko ekonomicznym. Wskazując na zagrożenie militarne, próbuje się budować jedność polityczną, co dla wielu środowisk w Polsce będzie nie do zaakceptowania. To wzmocni sceptycyzm części społeczeństwa silnie przywiązanej do prawicowego przekazu suwerenistycznego. Najciekawsze będzie jednak zachowanie najmłodszych wyborców, którzy socjalizowali się zupełnie inaczej i nie muszą wpisywać się w te stare schematy. To będzie wyzwanie dla Konfederacji – jej wyborcy bywają antyunijni, ale na przykład tak ostentacyjne uderzanie amerykańskiego ambasadora może nie pasować do ich poczucia narodowej niezależności.

Rozmawiał Tomasz Walczak

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki