„Super Express”: – Żal panu Polski 2050 w tym kształcie, w którym funkcjonowała do tej pory? Czy już czeka pan na zakończenie tej „brazyliady” politycznej?
Piotr Zgorzelski: – Jak mam pani odpowiedzieć? Sytuacja w Polsce 2050 przypomina serial pod tytułem „Dzieci we mgle”. Moim zdaniem, on przybiera cechy coraz bardziej komediowego serialu, ale z nieoczekiwanymi zmianami akcji.
– Odejście części posłów to koniec tego serialu?
– Zobaczymy. Stawiałem bardzo długo na Polskę 2050 A, ale od dzisiaj stawiam na Polskę 2050 B, ponieważ widzę, że są dużo aktywniejsi od tej pierwszej grupy.
– A co dalej z nowo powstałym klubem?
– Jeżeli faktycznie będzie łączył się z naszą częścią sceny politycznej, to jest dla mnie oczywiste, że będzie musiał mieć swoje miejsce w obszarze rządu. Bardziej interesujące jest jednak to, co stanie się z tymi, których na tej konferencji nie było. Widzę dwa warianty: albo bardziej doświadczeni politycy, jak Paweł Zalewski, wybiorą bycie niezależnymi, albo resztki środowiska skupią się wokół pani minister Pełczyńskiej-Nałęcz. Widzieliśmy już w AWS-ie, jak atomizowało się tamto środowisko. Jakoś „dojechali” do końca, ale nam nie zależy na tym, żeby tylko „dojechać”, ale żeby być skutecznym.
– Nowy klub parlamentarny będzie się nazywał „Centrum”. Czy centrum jest potrzebne na dzisiejszej polskiej scenie politycznej?
– Ja myślałem do tej pory, że centrum zajmuje Polskie Stronnictwo Ludowe. Wygląda to tak, jakby ten klub chciał nas wypchnąć. Nie wiem, czy to będą nasi przyjaciele, czy konkurencja, ale na pewno klub Centrum staje się teraz ważnym elementem naszej koalicji.
– Skoro doszło do takiej zmiany układu sił, to kto pana zdaniem zostanie nową wicepremierką?
– Nie wiem, w tym programie możemy tylko typować, bo decyzje zapadną w Alejach Ujazdowskich. Ale gdybym miał obstawiać, to postawiłbym na Paulinę Hennig-Kloskę. Dlaczego tak obstawiam? Bo widzę to w jej oczach. Wydaje się sprawniejsza politycznie, a poza tym jest posłem, co ma ogromną wartość, jeżeli liczymy szable w parlamencie.
– Paulina Hennig-Kloska poinformowała, że Centrum pozostaje lojalnym partnerem koalicyjnym. Może pan zatem odetchnąć z ulgą.
– Życzymy wszystkiego dobrego klubowi Centrum, jak i tej drugiej grupie, która zostanie w Polsce 2050, bo myślę, że nadal będziemy wszyscy funkcjonować jako partnerzy.
– Zastanawiam się, czy naprawdę jest jakiś kłopot, jeżeli chodzi o sposób zarządzania ludźmi przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz. Postanowiła ona wprowadzić uchwałę, która „betonuje” stanowiska. Jej przeciwnicy mówią o dyktaturze, ona twierdzi, że to demokracja. Po czyjej stronie jest racja?
– Ja jestem miłośnikiem i zwolennikiem demokracji, jestem w partii demokratycznej. My w Polskim Stronnictwie Ludowym, partii ze 130-letnim stażem, nasze sprawy wyborcze załatwiliśmy w trzy minuty. Minutę trwał wybór prezesa Władysława Kosiniaka-Kamysza, a dwie minuty wybór przewodniczącego rady naczelnej. Na sali było tysiąc delegatów, czyli więcej niż cała partia Polska 2050 ma członków. Jeżeli ktoś myśli, że z pierwszej klasy można przeskoczyć od razu do ósmej i nie zaliczyć „gonga”, to się myli. Przykładem tego są właśnie koledzy z Polski 2050.
– Czy obawia się pan o stabilność i przyszłość koalicji? Czy ten rozłam może zachwiać większością parlamentarną?
– Nie byłoby w tym nic ani zabawnego, ani tragicznego, gdyby nie fakt, że na nich wisi większość parlamentarna. Obawiam się sytuacji, w której nie będziemy na sali dysponowali liczbą 231 głosów, bo wtedy nie można nic przegłosować. Tego, czy ten rozłam zachwieje większością, po prostu nie wiem. Nie znam tych ludzi na tyle dobrze, aby o tym wyrokować. Powiem więcej: nie wiem, czy część Polski 2050 nie przejdzie na stronę opozycji.
– Bierze pan pod uwagę scenariusz, w którym koalicja nie dotrwa do wyborów w 2027 roku? Musimy być na to przygotowani?
– Nie biorę tego pod uwagę. Można sobie wyobrazić scenariusz, że z trudem, ale bez Polski 2050 też da się rządzić. Oczywiście łatwiej jest, kiedy ta większość jest zabezpieczona, ale nie takie przypadki demokracja już widziała.
– Spodziewał się pan, że będą takie kłopoty? Byliście razem w Trzeciej Drodze, przekonywaliście, że to nowa jakość i idee, a nie walka o stołki.
– Oni po prostu wykonują ruchy nieoczywiste, które w utrwalonych partiach demokratycznych są niezrozumiałe. Nie rozumiem niektórych decyzji Polski 2050, jak choćby tej, że kiedy zaczęło u nich buzować politycznie, to wykreślili z nazwy klubu Trzecią Drogę. To był symbol zwycięstwa, dzięki któremu partie demokratyczne mogły odsunąć PiS od władzy. Jeżeli ktoś neguje ten dorobek, wstydzi się go lub uważa, że nie ma potrzeby tak się nazywać, to ja tego po prostu nie potrafię zrozumieć. My jako PSL mamy „Trzecią Drogę” wpisaną w nazwę po myślniku i nic złego się nie dzieje.
Rozmawiała Kamila Biedrzycka, tw