- Trump wrócił do pomysłu aneksji Grenlandii – administracja USA traktuje wyspę jako część swojej strefy wpływów
- Dania i Grenlandia odrzucają jakiekolwiek rozmowy o sprzedaży terytorium, uznając je za sprzeczne z zasadami rządzącymi współczesnym światem
- Ekspertka DIIS ostrzega przed rozpadem NATO i niebezpiecznym dla małych państw precedensem
- Grenlandczycy nie chcą być częścią USA – ponad 80 proc. opowiada się przeciw amerykańskiej zwierzchności
Grenlandia w amerykańskiej strefie wpływów. „Trump o tym nie zapomniał”
„Super Express”: – Jeszcze przed atakiem na Wenezuelę Donald Trump wrócił do sprawy aneksji Grenlandii, o której opowiadał na początku ubiegłego roku. Wielu jest zdziwionych, że temat wrócił, ale kiedy w listopadzie byłem w Kopenhadze i spotykałem duńskich urzędników, mówili jasno: Trump może obecnie o Grenlandii nie mówi, ale na pewno o tym nie zapomniał. W listopadzie byłem w Kopenhadze, gdzie spotkałem się z duńskimi urzędnikami. W Danii traktuje się tę sprawę śmiertelnie poważnie?
Lin Alexandra Mortensgaard: – Tak, nawet jeśli Donald Trump milczał o Grenlandii, on i jego administracja nie zapomnieli o tej sprawie. To, co podniosło stawkę w ciągu ostatnich kilku dni, to wspomniana sytuacja w Wenezueli. Chociaż nie sądzę, by można było bezpośrednio porównywać tamtejsze wydarzenia z dążeniami Trumpa wobec Grenlandii, pokazuje to pewną gotowość administracji Trumpa do użycia siły przeciwko suwerennemu państwu. Manifestuje to również specyficzne postrzeganie amerykańskich interesów przez obecną ekipę w Waszyngtonie. Uważają, że półkula zachodnia jest wyłączną strefą wpływów Stanów Zjednoczonych i w oczach Trumpa i jego doradców Grenlandia znajduje się właśnie w tej sferze. To dlatego jesteśmy obecnie wyjątkowo zaniepokojeni; stawką jest przecież nie tylko relacja Danii z Grenlandią, ale cała struktura sojuszu NATO.
Zakup wyspy czy inwazja? Chaos komunikacyjny w administracji USA
– Jak realne jest, pani zdaniem, zagrożenie ze strony Donalda Trumpa dla Danii i Grenlandii i szerzej – dla całego NATO?
– Bardzo trudno to ocenić, przede wszystkim dlatego, że Trump nieustannie zmienia zdanie. Ponadto różne osoby w jego administracji mówią zupełnie co innego. Słyszymy bardziej uspokajające wypowiedzi ze strony Marco Rubio czy powołanego pod koniec roku specjalnego wysłannika Trumpa ds. Grenlandii. Są też jednak wypowiedzi doradcy ds. bezpieczeństwa krajowego Stevena Millera oraz samego Trumpa – a także ludzi z jego najbliższego kręgu – które podbijają stawkę i formułują groźby pod adresem Grenlandii i Danii. Trudno więc jednoznacznie stwierdzić, co się dzieje. Obecnie brakuje niemal jakiejkolwiek komunikacji między Waszyngtonem a grenlandzkich rządem w Nuuk czy Kopenhagą. Kiedy duński minister spraw zagranicznych podjął próbę umówienia spotkania z Rubio, w odpowiedzi usłyszał, że USA są gotowe do rozmów, ale na temat zakupu Grenlandii. Pytanie brzmi: czy Dania i Grenlandia mogą w ogóle przystąpić do rozmów z tak sformułowaną agendą?
– Wspomniała pani o Marco Rubio. Amerykańskie media donosiły, że podczas spotkania z przedstawicielami Kongresu sugerował on, iż groźby militarne to jedynie taktyka negocjacyjna mająca zmusić Danię do sprzedaży wyspy. Rządy Danii i Grenlandii twardo stoją jednak na stanowisku, że Grenlandia nie jest na sprzedaż. Jak zdeterminowane są obie strony, by oprzeć się żądaniom Trumpa?
– Tu tkwi cała tragedia i paradoks tej sytuacji, ponieważ nie widzę żadnych okoliczności, w których rządy w Kopenhadze czy Nuuk w ogóle rozważyłyby argument o sprzedaży. W polityce międzynarodowej XXI wieku po prostu nie handluje się terytorium; to kwestia bezdyskusyjna i stąd bierze się ogromna trudność. Nie wiemy, czy Marco Rubio rzeczywiście uważa sprzedaż za realną opcję, czy jest to jedynie taktyka negocjacyjna: USA zakładają, że Dania powie „nie”, a kolejnym krokiem będzie coś znacznie poważniejszego lub eskalacyjnego.
Dlaczego Grenlandia jest kluczowa dla Danii i całego NATO
– Ktoś mógłby zapytać, po co w ogóle Danii Grenlandia? To ogromny, pokryty śniegiem teren z populacją 56 tysięcy ludzi. Dlaczego nie dogadać się z USA?. Jak wyjaśniłaby pani naszym czytelnikom znaczenie Grenlandii dla Danii?
– Wystarczy spojrzeć na Ukrainę i zadać te same pytania. Suwerenność nie jest czymś, co można ot tak porzucić, oddając część swojego terytorium, jeśli uważa się własne państwo za suwerenne. Bez względu na przyjęte ramy analityczne, nie żyjemy w świecie, w którym państwa dobrowolnie oddają terytoria tylko dlatego, że sąsiednie mocarstwo uznało je za część swojej strefy wpływów. Warto dodać, że stosunek Duńczyków do Grenlandii bardzo się zmienił w ciągu ostatniego roku.
– W relacjach Danii i Grenlandii było wiele złej krwi. Właśnie to się zmieniło?
– Dania zaczęła poważniej podchodzić do grenlandzkich krzywd z przeszłości, nie tylko tych z okresu kolonialnego, ale i z XX wieku. Działania Białego Domu uświadomiły duńskiemu społeczeństwu, które wcześniej rzadko myślało o wyspie, że Grenlandia jest częścią Królestwa Danii i mamy wobec niej obowiązki. Gdyby na Grenlandii doszło do jakichkolwiek działań militarnych, formalnie to wspólne dowództwo Królestwa Danii musiałoby zareagować.
Doktryna Monroe wraca do gry. USA jak Rosja Putina?
– Trump podkreśla strategiczne znaczenie Grenlandii dla bezpieczeństwa USA. Ale przecież USA mają już umowę z Danią, która pozwala im na budowę tylu baz wojskowych, ilu potrzebują. Czy naprawdę aneksja jest im w ogóle potrzebna do zapewnienia w regionie Arktyki bezpieczeństwa?
– Właśnie o to chodzi. Na początku 2025 roku argumentacja opierała się na bezpieczeństwie i zasobach, ale USA już teraz mogą niemal dowolnie rozszerzać swoją obecność militarną na wyspie. Obecnie wydaje mi się, że mniej chodzi o realne bezpieczeństwo, a bardziej o osobisty projekt Donalda Trumpa, który chce powiększyć amerykańskie terytorium. To powrót do doktryny Monroe i myślenia kategoriami półkul: USA nie chcą żadnych obcych potęg w „swojej” części świata. To niezwykle niepokojąca wizja, nie tylko dla Danii, ale dla całego świata. Jeśli wielkie mocarstwa zaczną dzielić glob na strefy interesów, małe państwa stracą podmiotowość, a ich polityka zagraniczna będzie dyktowana przez regionalne mocarstwa.
– W Europie boimy się takiej polityki ze strony Rosji. Patrząc na zakusy Trumpa na Grenlandię powinniśmy się obawiać tego równie mocno?
– Retoryka i działania administracji Trumpa, choćby wobec Wenezueli, coraz bardziej przypominają sposób, w jaki Władimir Putin postrzega świat i reaguje na rzekome zagrożenia na obszarach, którą uważa za swoją strefę interesów. Sytuacja jest bardzo trudna. Pojawiło się oświadczenie europejskich liderów, a francuski minister spraw zagranicznych rozmawia ze swoimi polskimi i niemieckimi odpowiednikami o tym, co zrobić, jeśli USA faktycznie zdecydują się na jakąś formę aneksji. To sytuacja całkowicie bezprecedensowa.
Europa wobec groźby aneksji Grenlandii. „To sytuacja bez precedensu”
– Duńscy urzędnicy przyznawali otwarcie, że jeśli USA zdecydują się na aneksję Grenlandii, Dania niewiele może zrobić sama i liczy głównie na europejskich sojuszników. Trudno mi jednak wyobrazić sobie realną odpowiedź Europy na taki krok.
– To rzeczywiście trudne, zarówno dla decydentów, jak i ekspertów, bo wchodzimy w sferę spekulacji graniczących z absurdem. Jednak musimy o tym myśleć. Biorąc pod uwagę geografię i obecność wojskową, niewielkie siły USA mogłyby przejąć kontrolę nad budynkami rządowymi w Nuuk w mgnieniu oka. Nie jest jasne, co dokładnie oznaczałaby taka „kontrola” – czy chodzi o funkcje rządu, terytorium, czy zasoby – i nie jestem pewna, czy same USA to wiedzą. Jednak jeśli zajęliby stolicę, stałoby się to prawdopodobnie, zanim jakiekolwiek państwo europejskie zdążyłoby zareagować.
– Pojawiły się głosy o wysłaniu europejskich żołnierzy na Grenlandię – to bodajże propozycja francuska. Czy to mogłoby być rozwiązanie?
– To z pewnością zadziałałoby uspokajająco na Grenlandczyków i duński rząd, ale ryzyko jest takie, że mogłoby to jeszcze bardziej sprowokować Trumpa.
– Niektórzy twierdzą, że skoro Grenlandczycy dążą do niepodległości, to może woleliby amerykańską zwierzchność zamiast duńskiej. Jednak sondaże pokazują coś innego – około 85 proc. mieszkańców nie chce być częścią USA. Pamiętam, że gdy J.D. Vance odwiedził wyspę w lutym, nikt z jej mieszkańców nie chciał się z nim spotkać.
– Większość Grenlandczyków chce być suwerennym państwem, niekontrolowanym ani przez Danię, ani przez USA. Istnieje jednak świadomość, że ze względu na położenie geostrategiczne i zależność od duńskich dotacji, pełna niepodległość nie jest obecnie możliwa. Półtora roku temu niektórzy na wyspie patrzyli przychylniej na USA jako alternatywę dla Danii, ale po działaniach Trumpa Grenlandczycy czują się skrajnie zlekceważeni. W tym świetle Dania, choć była kolonizatorem, jawi się jako „najmniejsze zło” i opcja znacznie bardziej przewidywalna.
– W sierpniu duńskie media donosiły o zatrzymaniu na Grenlandii Amerykanów, którzy próbowali znaleźć chętnych do politycznej gry przeciwko Danii. Jeśli ktoś miałby wątpliwości, czy Trump o Grenlandii myśli poważnie, to ma na to dowód?
– W Danii to była głośna historia, choć nie do końca jasne jest, jaki mieli mandat. Natomiast ponownie widać tu paralelę z metodami Putina – prowadzenie operacji wpływu, by skłonić całe narody do określonych działań. Dla Grenlandczyków i Duńczyków to tylko jeden z elementów szerszej strategii USA mającej na celu wchłonięcie wyspy. W Danii z trudem staramy się pojąć tę zmianę w amerykańskiej polityce zagranicznej oraz fakt, że NATO nie znaczy dla obecnej administracji tyle, co dla ekipy Bidena. Z perspektywy Grenlandii wygląda to inaczej – dla nich imperialne potęgi decydujące o ich losie to rzeczywistość znana od 300 lat. To poczucie jest może nawet silniejsze w Nuuk niż w Kopenhadze.
_ Czy najlepszą strategią dla Duńczyków i Grenlandczyków będzie próba przeczekania tej burzy?
– Na pewno Trump nie zapomni o aneksji, bo przecież myśli o tym od 2019 r. Rząd Danii ma nadzieję, że skończy się na werbalnych atakach z Białego Domu, a przez najbliższe trzy lata nic konkretnego się nie wydarzy. Niektórzy liczą na wybory środka kadencji, które odbędą się w USA na jesieni i utratę większości przez republikanów z ruchu MAGA w Kongresie. Moim zdaniem, to jednak naiwne założenie, że Trump słucha Kongresu – przykład Wenezueli pokazuje, że tego nie robi. To napięcie utrzyma się co najmniej przez najbliższe trzy lata.
Rozmawiał Tomasz Walczak